Wolna Wola – temat rzeka
Temat Wolnej Woli już kilka razy poruszałem na tym blogasku.
Pisałem o niej we wpisach:
- Jeszcze słowo o Wolnej Woli.
- Wolność wyboru a Wolna Wola.
- Wszystkie wpisy otagowane przeze mnie tagiem „Wolność Wyboru”.
Jak widać całkiem sporo się tego nazbierało, jednak ciągle ten temat mnie nurtuje i ciągle zaprząta mój umysł. Wolna Wola to wielki problem dla filozofów i ludzi związanych z religiami. Nie chcę się dzisiaj rozwodzić nad tym tematem, chcę się jedynie podzielić pewnym przemyśleniem, które mnie naszło kilka dni tematu w związku z wolnością wyboru i samą Wolną Wolą.
Chrzest a wolność wyboru – o potędze Kościoła
Problem wolności wyboru a sakrament chrztu w Chrześcijaństwie to już dość oklepany temat, jako broń za pomocą, której przeciwnicy tej religii atakują Kościół Katolicki. Jednak nie można od niego uciekać tylko dlatego, że każdy już wszystko słyszał i wszystko wie o tym, jakie to niesprawiedliwe i nie zgodne z ideą Wolnej Woli głoszoną przez KK. Uważam, że nadal należy o tym dużo mówić i pisać, ponieważ to ważne. Poruszałem ten temat tutaj, po tym jak Joseph Ratzinger jako papież Benedykt XVI stwierdził, że nie istnieje już Otchłań, do której trafiają dusze nieochrzczonych dzieci. Nie będę się po raz drugi rozwodził nad tym, jakie to dziwne, śmieszne i naiwne postępowanie, ponieważ tak naprawdę to dobrze, że tak się stało. Zerwano z pewną polityką strachu, jaką Kościół do tej pory uprawiał wobec swoich wiernych. Samo w sobie to duży postęp, ponieważ KK jest skostniały i wszelkie zmiany zachodzą w nim bardzo powoli, co zresztą doskonale pokazał pontyfikat Karola Wojtyły, poprzednika Ratzingera.
Tak więc wracając do głównego tematu tego wpisu, skoro według Kościoła Bóg dał człowiekowi Wolną Wolę, aby ten mógł sam stanowić o sobie, dlaczego Kościół odbiera nam ten przywilej już na samym początku naszego istnienia? Czy przypadkiem Kościół w swym zadufaniu i pogoni za pieniądzem nie zagalopował się troszkę? Rozumiem strach wierzących rodziców, że ich pociecha trafi do owej otchłani jeśli umrze nieochrzczona. Nie zgadzam się z takim myśleniem ale jestem w stanie je zrozumieć. Uważam jednak, że teraz, kiedy już głowa Kościoła powiedziała, że tego strasznego miejsca już nie ma a nieochrzczone duszyczki nie pójdą do „piekła”, nie widzę sensu w pozbawianiu własnego dziecka możliwości świadomego wyboru o przystąpieniu lub nie do danej religii. Zresztą niby w jaki sposób niemowlę może być jakiegoś wyznania? Albo, czy dwunastolatek rozumie w co wierzą jego rodzice? Skąd ma wiedzieć takie rzeczy, skoro jeszcze tak mało życia doświadczył? To ohydny wyścig Kościoła o pieniądze jakie będzie mógł wydoić w przyszłości od tak wyszkolonego wiernego.
Homoseksualizm a miłość i prawo do własnych wyborów
Temat, który niejednokrotnie powraca jak bumerang. Kilka miesięcy temu pisałem o tym, że pary homoseksualne nie powinny mieć dzieci, z czasem jednak zmieniłem zdanie w tym temacie i teraz uważam, że prawo powinno być równe a miłość jest taka sama między dwojgiem mężczyzn czy kobiet jak w związku heteroseksualnym. W to przynajmniej wierzę i tego się trzymam, dopóki ktoś nie przedstawi mocnych dowodów, że jest inaczej. Wtedy pewnie znowu zweryfikuję swoje podejście w tym temacie. Złość jednak moją budzą ludzie, którzy piszą w ten sposób o czymś o czym pojęcia nie mają. Tak, ja też nie mam o tym pojęcia, dlatego skłaniam się ku opinii, że homoseksualiści wiedzą lepiej co dla nich jest dobre i ja powinienem to uszanować, o ile nie poniosę w związku z tym krzywdy. Chrześcijanie mają jednak to do siebie, że uwielbiają być najmądrzejsi w sprawach, gdzie chodzi o życie innych ludzi. Uwielbiają układać innym życie na swój sposób. To jest przerażające dla mnie i kilka razy już o tym napomknąłem u siebie. Rozumiem, że można się bać inności, bać się, że inność owa zburzy nasz porządek świata, który sobie z takim trudem wypracowaliśmy. Jest to dla mnie zrozumiałe i zdaję sobie z tego sprawę. Uważam jednak, że na takie „problemy” należy spojrzeć jednak szerzej i z całym szacunkiem, ale co mnie obchodzą dziecinne strachy innych? Tak samo jak moje strachy nie interesują przeciętnego Kowalskiego.
Czy ograniczenie czyjejś wolności w imię homofobicznych strachów jest postępowaniem właściwym? Czy to jest ta osławiona chrześcijańska miłość bliźniego? I wreszcie, czy chcielibyśmy aby ktoś, kto inaczej patrzy na świat niźli my, dyktował nam swoje warunki? Co powiedzieliby chrześcijanie, gdyby nagle zakazać im mieszania się w politykę? Bo przecież jest konstytucyjna rozdzielność KK od państwa. Już krzyczą na samo napomknięcie, że religia w szkołach gwałci ową rozdzielność. Klapki na oczach to strasznie ograniczające oprzyrządowanie – po to je stosowano koniom pociągowym…
Wracając jednak do legalizacji związków homoseksualnych – nie mieści mi się w głowie, że ktoś, w państwie demokratycznym, może coś zakazać jego pełnoprawnym, płacącym podatki, obywatelom. Na jakiej podstawie? Koloru skóry? Preferencji seksualnych? Wierzeń? Lub ich braku?
Sugerowanie, że chęć zawarcia związku homoseksualnego jest próbą uniknięcia odpowiedzialności karnej jest zwykłym pomówieniem i brakiem zrozumienia dla drugiego człowieka i jego potrzeb. Podawanie pseudo rozwiązań, aby tylko nie przyznać pełnych praw osobom innym, jest działaniem dziecinnym i wysoce szkodliwym społecznie. Stwierdzenie, że bóg chce abyśmy uprawiali seks tylko po to aby się mnożyć (jak króliki czy konie) jest kolejną pomyłką. Po pierwsze, nie każdy musi wierzyć w takiego boga. Po drugie, nie każdy musi chcieć mieć dzieci i nikt nie ma prawa pchać w to swojego zasmarkanego nosa, po to aby zmieniać cudze odczucia. Wreszcie, komu się stanie krzywda jeśli zostaną zalegalizowane związki homoseksualne? W kilku krajach są zalegalizowane i co? Ktoś z tego powodu dostał udaru, padaczki, opryszczki? Komuś zabrano pieniądze, pracę, dziecko? Czy po prostu zwyczajnie się to w ciasnych poglądach nie zmieściło, więc przecież poglądów poszerzać nie można, bo tak stoi w Piśmie Świętym. Trzeba więc napiętnować i zabronić. W imię miłości bliźniego. Ja to rozumiem, strach przed innością jest uczuciem głęboko w nas zakorzenionym, tak jak we wszystkich zwierzętach, tylko czy powinniśmy mu tak bezmyślnie ulegać?
Na koniec jeszcze dwa słowa o miłości. Niejednokrotnie czytałem o tym, że miłość osób tej samej płci to nie jest miłość. I znowu powoływano się na Biblię i boga, który dla wielu jest ostatecznym rozstrzygnięciem w sprawach trudnych. Problem w tym, że dla wielu nie jest. Nie wyobrażam sobie miłości do innego mężczyzny i pożądania go. Ale tak samo pewnie osoba homoseksualna nie wyobraża sobie miłości do osoby płci przeciwnej. Czy to daje nam prawo negowania naszych uczuć? Naszego pojmowania miłości? Kto dał nam prawo powiedzieć, że tylko my wiemy co jest właściwe a co nie? Bóg, w którego tak wielu wierzy oraz drugie tyle neguje jego istnienie?
Warto przemyśleć to sobie trochę poważniej niźli tylko z poziomu naszego grajdołka. Świat się nie kończy na naszych lękach i fobiach.



