Terminator – Ocalenie
Wielkim fanem Terminatorów nie byłem i nie jestem. Po kolejnej odsłonie przygód dzielnych robotów niszczących z zapałem (godnym lepszej sprawy) ludzkość na pewno też fanem się nie stanę. Kolejny raz okazuje się, że wybrałem doskonałą taktykę „nieoczekiwania za wiele od twórców filmów”. Idę do kina na rozrywkę masową, która nie zaskoczy mnie głębokimi przemyśleniami czy odkrywczym spojrzeniem na życie. Wcale takowych nie oczekuję – wcale takowych nie dostaję, w związku z czym bawię się całkiem nieźle i wychodzę z kina zrelaksowany. A oto przecież w tej masówce chodzi. Byleby nie dać się za bardzo wkręcić ;-) Tak też właśnie było na tym filmie.
Trudno by było nie zgodzić się z tym, co u siebie napisał o tym filmie Papa CoSTa. „Terminator – Ocalenie” w żaden sposób nie powala. Jest filmem całkowicie przeciętnym, nie pozostawiającym żadnych specjalnych – czy to pozytywnych, czy to negatywnych – wrażeń na widzu takim jak ja. Owszem, efekty są mocne. Skala i rozmach z jaką dzieje się akcja w tym filmie przykuła mnie do kinowego (całkiem wygodnego) fotela na te 2,5h z siłą wystarczającą, aby czas ten po prostu mi minął. Oczywiście tak jak i na poprzednich filmach, o których tutaj pisałem, tak i teraz musiałem wyzbyć się wszelkiego oczekiwania na KINO, oraz zapomnieć o tym, o czym wielokrotnie tutaj wspominam – czyli odłożyć krytycyzm i zdrowy rozsądek na bok, najlepiej przed wejściem na kinową salę. To niestety zbędny tam balast. Powód jest ten sam co w Dniu, w którym zatrzymała się Ziemia – świat przedstawiony w filmie nie ma szans obronić się nawet wewnątrz samego siebie. Nie będę tu się rozwodził nad dość długą listą niedociągnięć jakie w filmie można obejrzeć bo nie o to chodzi. Więcej mądrych wniosków przeczytacie u wzmiankowanego CoSTy, do którego linkuję i zachęcam do zapoznania się z jego recką.
Moim zdaniem na film nie warto iść do kina. Chyba, że komuś strasznie zależy na tych efektach specjalnych. Gra aktorów kiepska, fabuły w zasadzie brak, wtórna i nudna, nie ma co trzymać w napięciu. Plusem są TYLKO te efekty, które jednak też nie są jakimś strasznym cudem. Są niezłe i kilka razy złapałem się na tym, że po prostu czekałem jakie kolejne „BUM” zafundują autorzy filmu w zupełności olewając fabułę, którą to owo „BUM” miało jedynie okrasić, jak wisienka na tort. No ale cóż, skoro tortu zabrakło, trzeba było się zadowolić wisienkami. To chyba przekleństwo dzisiejszego kina dla mas. Tak jakoś się stało chyba po „Matrix”, kiedy okazało się, że nie ma już rzeczy niemożliwych…
P.S.
Operacja serca na pustyni pod namiotem? No kamon! Nawet typowemu targetowi tych filmów zapali się światełko, że coś jest nie do końca O.K. Prawda?
Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia
Świat stworzony przez ludzi nie mających pojęcia o logice oraz ekologii. Nie mówiąc już o kosmitach ;-)
No cóż, biorąc pod uwagę pierwsze wrażenie, film oceniam pozytywnie. Dostarczył nam rozrywki przez te prawie 2h jakie spędziliśmy w kinowych fotelach. Ogląda się to dobrze, ale żeby cieszyć się seansem należy na półkę odstawiać zdrowy rozsądek i trzeźwą ocenę sytuacji jaka panuje na „naszej” planecie. Gdy już oglądaliśmy napisy końcowe, wstając z kinowych foteli i szykując się do wyjścia, zdrowy rozsądek próbował popsuć przyjemność z seansu. Oczywiście po kilku godzinach mija ten początkowy „zachwyt” filmem. Nie ma co ukrywać. Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia jest filmem do bólu kiepskim jeśli chodzi o scenariusz. Podobno oryginał był znacznie lepszy. Nie wypowiem się, bo nie wiem. Może kiedyś obejrzę a może nawet sięgnę po książkę Harry’ego Batesa „Farewell to the Master”, żeby przekonać się jak mało z niej w najnowszej ekranizacji zostało.
Read more
Pieśń przed bitwą – John Ringo
Z racji braku czasu wynikającego ze zmiany pracy i przeprowadzką ciągle odkładałem przedstawienie Wam kolejnej książki s-f jaką przeczytałem. Tak więc skoro teraz tego czasu mam w nadmiarze postanowiłem nadrobić zaległości i zaprezentować książkę Johna Ringo (tutaj po Polsku) „Pieśń przed bitwą” otwierającą cykl „Dziedzictwo Aldenata”. Całość składa się z 6 tomów i muszę przyznać, że „Pieśń…” zachęciła mnie do sięgnięcia po resztę.
Książka ta wprowadza nas w świat pełen obcych ras, wojen i kosmicznej technologii. Ludzkość odkrywa, że nie jest sama, mało tego, to właśnie „ONI” nawiązują pierwszy kontakt i wychodzą z cienia informując Ziemian, że trwa międzygalaktyczna wojna. Czyli główny motyw rozruchowy książki jest dość oklepany. Mamy ufoludków „dobrych” i tych „złych”, którzy walczą ze sobą na śmierć i życie. Oczywiście ci „dobrzy” dostają łupnia od „złych” i wygląda na to, że nic nie jest w stanie pokonać „złych”. W tej sytuacji Obcy wyciągają swoją ostatnią mocną kartę, którą jesteśmy my. Dlaczego? Bo ludzie to drapieżcy, mordercy i nie boją się zabijania. Ba! z chęcią to robią i sprawia im to ogromną przyjemność i nieskrywaną frajdę. Wołają tylko o potężniejszą broń i z uśmiechem na ustach idą wyżynać kolejne żywe (i najlepiej myślące) istoty. W związku z tym są wymarzonymi kandydatami do obrony „dobrych” ufoludków przed „złymi” Posleenami.



