Historia o sensie
Chciałem Wam dzisiaj opowiedzieć pewną historyjkę. Jest to historyjka z rodzaju tych, co to mają ukryty – lub też całkiem widoczny – morał. Jest to opowiastka, którą usłyszałem/przeczytałem dość dawno temu. Zawsze kiedy ją sobie przypomnę robi na mnie duże wrażenie. Po prostu ją lubię.
Oto ona:
Był odpływ. Plażą szedł powoli mężczyzna. Po odpływie, na piasku leżało dużo rozgwiazd. Mężczyzna podchodził do każdej, podnosił i wrzucał do morza.
Minęło kilka godzin. W pewnym momencie podszedł do niego drugi mężczyzna. Przystanął i patrzył jak ten wrzuca kolejną rozgwiazdę daleko w fale. Skrzywił się i powiedział, że rozgwiazd jest za dużo. Nie ma sensu tak po kolei ich wrzucać. Mężczyzna uśmiechnął się, schylił po kolejne żyjątko, popatrzył na nie i powiedział:
„Dla niej ma to ogromny sens.” I cisnął ją w morze.
Nie wiem czy umiem tak ładnie ją opowiedzieć, ale chyba wiadomo o co chodzi. Nie ma sensu abym to jakoś komentował bo wszystko jest jasne :)
Doskonały chwyt kończący
Czas jakiś temu prowadziłem dość ciekawą ale i zarazem burzliwą dyskusję z pewną koleżanką Gabrysi (no i moją oczywiście także). Jak wiadomo im ciekawsze dyskusje tym burzliwsze, aczkolwiek nie znalazłem żadnego wzoru, który by to zagadnienie jakoś wyjaśniał, więc trzeba mi dać wiarę na tzw. słowo. Dyskusja w zasadzie nie wiem jak się rozpętała. Było coś o giełdzie, o „prawdziwej wartości pieniądza” – cokolwiek to znaczy, o spekulacjach finansowych, generalnie o świętym oburzeniu, że wszyscy nie mają po równo, lub tyle ile „wypracują” – znowuż cokolwiek to znaczy.
Później bardzo gładko przeszliśmy na tematy moralności, dojrzewania, religii, wiary, Boga i ateizmu. Nadal więc było równie gorąco. Akurat tego dnia popełniłem na blogu wpis o 4 powodach mojego braku wiary. Przedstawiłem owej koleżance te powody (co nie było łatwe, gdyż jest ona godnym adwersarzem) i temperatura dyskusji chyba się nawet jeszcze podkręciła. Na koniec, jak już wszyscy inni od dłuższego czasu mieli nas dość, koleżanka ta stwierdziła, że to wspaniałe, że ja poszukuję, że czuję wezwanie do Boga silniej niż inni wokół mnie. I inne tego typu zdania padały jeszcze z jej ust. Myślała, że w ten sposób miło zakończy naszą ostrą już momentami debatę. Wkurzyłem się, ale po jakiś 5 sekundach stwierdziłem O.K. nie ma szans na wyjaśnienie, że tam, gdzie teraz szukam, nie ma już Boga. Tam gdzie ona znalazła swojego Boga, ja nie znalazłem nic takiego i poszedłem gdzie indziej (zważcie, że nie napisałem dalej). Po prostu chyba nie może ona zrozumieć, że można odrzucić istnienia takiego Boga jakim ona Go znalazła. Strasznie to dołujące doświadczenie było dla mnie.
[To właśnie pod wpływem tej dyskusji powstał także ten.]
Znowuż samo szukanie jest pewnym aktem, którego nie umiałbym się wyzbyć. Wierzę w boga, ale nie jednostkowego, osobowego. Jeszcze tego dokładnie nie zdefiniowałem i pewnie nie zdefiniuję nigdy, ale najbliżej tego w co wierzę jest wiara w reinkarnację i panteizm. Może kiedyś uda mi się to bardziej sprecyzować, bo kilka pomysłów na budowę tego wszystkiego mam ;-) Rozwój duchowy, osobisty, emocjonalny, moralny i intelektualny jakiego ostatnio w bardzo wzmożony sposób doświadczam, bardzo mnie zadziwia i chłonę to wszystko z wielkim zaciekawieniem i dziecinnym pytaniem w oczach:
Co dalej?!
***
Nie chcę się kłócić. Nie znoszę się kłócić. I naprawdę mi przykro, że nienawidzę religii. Możliwe, że z czasem uda mi się tę nienawiść zamienić po prostu tylko i wyłącznie w gniew i pogardę.
4 powody mojego braku wiary
Religia wzbudza wielki emocje co widać chyba na każdym blogu poruszającym tą tematykę, nawet u mnie w dwóch wpisach o religii zebrałem największą ilość komentarzy i odwiedzin (No i co z tym Bogiem? O trudzie dyskusji, Śmiać się czy płakać? ).
To oczywiste, że coś tak ważnego a zarazem tak kruchego, czego nie da się udowodnić, ba! z tego, że nie da się tego udowodnić, czyni się wręcz największą zaletę i cnotę – budzi tyle skrajnych emocji.
Dlaczego nie jestem religijny?
Chyba każdy wpis o religii jaki umieściłem na swoim blogasku zdradza mój negatywny stosunek do wiary, sarkazm i czasami wrogość. Jest tak pewnie z kilku powodów:
Wychowanie.
Mój ojciec był/jest antyklerykałem i jego wrogość do Kościoła udzieliła się po części mnie. Co prawda ojciec nigdy nie był dla mnie jakimś autorytetem i nie miałem z nim chyba nigdy najlepszych kontaktów, ale logiczność i racjonalność jego wywodów antykościelnych do mnie przemawiała.
Może słowo wychowanie jest tutaj troszkę na wyrost, bo nikt na antyklerykała mnie specjalnie nie wychowywał. Chodziłem na religię w szkole a mama ganiała mnie co jakieś większe święta na msze do kościoła. Tak więc pewnego rodzaju zderzenie dwóch światów i możliwość samodzielnego przemyślenia tej sprawy, przedyskutowania od czasu do czasu tych światopoglądów z rodzicami pozwoliło mi nie ulec szkolnej i społecznej indoktrynacji. Często dzięki takim dyskusjom z moją mamą uświadamiałem sobie kwadraturę koła w ujęciu wiary i religii. Mojej mamie podobała się myśl o reinkarnacji, narzekała na księży i generalnie twierdziła, że nie wierzy w Kościół, ale nie widziała sprzeczności w tym, co myśli i w co wierzy a w tym co robi, czyli chodzenie na msze, dawanie na tacę, spowiedź itd, itp. Nauczyło mnie to krytycyzmu. I bardzo ten krytycyzm sobie cenię. Nauczyłem się też, że można zmieniać zdanie na jakiś temat, należy to jednak robić z rozwagą i nigdy nie należy być jak chorągiewka na wietrze.



