Conan 3D vs. Kowboje i Obcy
Ze dwa tygodnie temu poszliśmy sobie na Conana 3D. Filmu nie będę streszczał, ale powiem Wam, że nie warto przepłacać za efekt „tri di” bo to nie działa. Niewyraźne napisy polskie przysłaniane „efektem” sprawiły, że jeśli ktoś nie rozumie ze słuchu narzecza aktorów, to sobie nie poogląda. Do tego sama trójwymiarowość takoż nie zachwycała. Dużą część filmu miałem zdjęte okulary.
Co do gry aktorskiej to cóż… Nie zachwyciła. Ale gdyby to było normalne dwuwymiarowe kino, nie byłoby tak źle. Niestety ten trzeci wymiar trochę to schrzanił…
Tak więc film w moim odczuciu raczej kiepski. Aczkolwiek słabość do Ronona z SG: Atlantyda mieliśmy, więc obejrzeć trzeba było :)
Jako, że postanowiłem filmu nie opisywać to tyle o Conanie Barbarzyńcy.
Przejdę więc do drugiego tytułu, który miał być filmem raczej kiepskim z niezłą obsadą. Kowboje i Obcy na szczęście nie byli w trzech wymiarach. Do tego jeszcze mieliśmy całą salę dla nas. Mówię Wam, świetnie się ogląda film w kinie jak się jest tylko we dwójkę. Można spokojnie komentować i nikomu to nie przeszkadza. Do tego jeszcze jak dość głośno stwierdziliśmy, że film jest za głośno to po chwili zrobiło się znacznie ciszej. I tu taka drobna dygresja: czy nam się zdaje, czy filmy w kinie są coraz głośniejsze? Tak Conan jak i Kowboje darli się, aż uszy bolały. A może to efekt „ajpodyzacji” społeczeństwa? Słuchawki w uszach cały czas i problem ze słuchem gotowy…
Ale wracając do drugiego filmu. Nie wiem na ile to atmosfera opuszczonej sali kinowej a na ile dobrze zmontowany obraz i ciekawa historia sprawiły, że seans nam się podobał znacznie bardziej niż Conan? Zapewne kombinacja wszystkich tych czytników.
Kowboje i Obcy to ciekawy film. W kilku momentach nawet zaskakujący. Owszem, nie jest to coś, co zostaje w głowie na dłużej, jednak miło się siedziało we dwie osoby w sali kinowej na jakieś 40 osób i oglądało dość ciekawą i nie tuzinkową historię.
No i to by było na tyle. Po tak długiej przerwie w pisaniu na blogasku, cosik mi za dobrze nie idzie. Trzeba będzie się bardziej zmobilizować. No ale, to się jeszcze zobaczy :)
Star Trek (Hard) Reset
W zeszłym tygodniu w piątek, korzystając z dnia urlopu wybraliśmy się z Gabcią do kina na nowy film o załodze statku Enterprise. Ponieważ uwielbiałem serialowego Star Treka nie spodziewałem się niczego dobrego po jego kinowej odsłonie. Po co psuć sobie przyjemność z oglądania filmu, za który płaci się jakąś kasę?
[Obrazek zaiwaniłem stąd.]
Tak więc, jak łatwo się z tego wstępu domyśleć, bawiłem się na tym filmie całkiem nieźle. Olałem wszystko to, co pamiętałem z dawnych dobrych serialowych przygód załogi kapitana Jamesa Tiberiusa Kirka.
Może dwa krótkie słowa o tym, dlaczego podoba mi się serial telewizyjny. Nie jestem Trekkiem (czy jak to się odmienia), nie szaleję na punkcie tego serialu ani nic z tych rzeczy. Po prostu zawsze mi się podobało, że film ten starał się iść z duchem czasu oraz aktualną wiedzą naukową z zakresu wielu dziedzin: fizyki, biologii, astronomii itd. Owszem, dzisiaj często wygląda to żenująco, śmiesznie czy niepoważnie, jednak liczy się sam fakt, że serial próbował odpowiadać na trudne pytania w sposób zgodny z ówczesną wiedzą naukową. Oczywiście nie uchroniono się przed wieloma błędami czy uproszczeniami, to normalne i nie do uniknięcia. Mimo wszystko jednak zawsze z przyjemnością oglądam dowolny odcinek, dowolnej serii Star Treka.
Read more
Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia
Świat stworzony przez ludzi nie mających pojęcia o logice oraz ekologii. Nie mówiąc już o kosmitach ;-)
No cóż, biorąc pod uwagę pierwsze wrażenie, film oceniam pozytywnie. Dostarczył nam rozrywki przez te prawie 2h jakie spędziliśmy w kinowych fotelach. Ogląda się to dobrze, ale żeby cieszyć się seansem należy na półkę odstawiać zdrowy rozsądek i trzeźwą ocenę sytuacji jaka panuje na „naszej” planecie. Gdy już oglądaliśmy napisy końcowe, wstając z kinowych foteli i szykując się do wyjścia, zdrowy rozsądek próbował popsuć przyjemność z seansu. Oczywiście po kilku godzinach mija ten początkowy „zachwyt” filmem. Nie ma co ukrywać. Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia jest filmem do bólu kiepskim jeśli chodzi o scenariusz. Podobno oryginał był znacznie lepszy. Nie wypowiem się, bo nie wiem. Może kiedyś obejrzę a może nawet sięgnę po książkę Harry’ego Batesa „Farewell to the Master”, żeby przekonać się jak mało z niej w najnowszej ekranizacji zostało.
Read more



