Milk. Obywatel Milk.
Inaczej niż w „Miasteczku Pleasentville” czy „American Beauty” film Gusa Van Santa pokazuje, że żeby coś zmienić, żeby naprawdę coś zdziałać i wygrać z systemem bohater podwija rękawy i bierze się do roboty. Nie chodzi o to tylko żeby się bawić i w ten sposób pokazać swoją pogardę czy wyższość nad resztą zniewolonych konsumentów. To nie Pleasentville, gdzie wystarczy sam seks, żeby pokonać przeciwnika. To nie jest popularne, ale tak już w życiu jest. Nie wystarczy łamanie ogólnie uznanych norm społecznych, palenie trawki, czy uwodzenie nastolatek, żeby zmienić coś w „systemie”, który nas otacza. System tego nawet nie zauważy a jak pokazuje subkultura hipisów z lat 50-60 ubiegłego wieku w USA, system doskonale się w tym odnajdzie. Jakież było wnerwienie hipisów jak nagle takie stroje, paciorki, długie włosy i co tam jeszcze robili stały się modne i dostępne w konsumpcji masowej. Na nic się zdał ich „bunt” i „walka z systemem”. Bo i faktycznie to nie był ani bunt ani prawdziwa walka tylko dziecinada. Przy zestawieniu tytułowego filmu i tamtych dwóch wyżej wymienionych widać wyraźnie dojrzałość postawy Milka i dziecinność tego, co chcieli osiągnąć bohaterowie „Miasteczka” czy „American Beauty”.
Dlatego ten film uważam za arcyciekawy obraz pokazujący „kontrkulturę” (ohydne słowo), która zamiast ujarać się do nieprzytomności i bredzić trzy-po-trzy, wychodzi na ulicę, przyłącza się do demokracji i walczy z systemem na równych prawach. Nie chodzi jej tylko o ciągłe bycie w kontrze i na anty, ale o osiągnięcie założonego, pozytywnego celu. To kosztuje pot, łzy i ostatecznie krew, ale tak właśnie powinno się to załatwiać. Nie są to po prostu puste gesty, które niczego nie zmieniają w sferze gospodarki, polityki czy stosunków społecznych. No, może co do gospodarki to akurat zmian nie było, ale jeśli chodzi o politykę i postrzeganie gejów w społeczeństwie jak najbardziej. „Obywatel Milk” to obraz, który pokazuje prawdziwą walkę o lepszy świat. Nie jest wyssanym z palca „Fight Clubem”, gdzie – podobnie jak w dwóch wcześniej wymienionych filmach – bohater po prostu robi na przekór „systemowi” i w ten sposób ów system rozwala. Milk nie chce wszystkiego rozwalić, jest pozytywny. Pokazuje JAK naprawić to, co nie działa tak jak powinno nie niszcząc wszystkiego dokoła. Popełnia błędy i też nawet sobie z nich sprawy nie zdaje, ale walczy w zgodzie z prawem. Jest prawdziwym kontestatorem i buntownikiem, który zmienia więcej niż tylko kolory na ekranie czy swoje życie. Naprawdę zmienia System i życie wielu ludzi.
Warto obejrzeć.
Polecam.
źródło obrazka: Wikipedia.
Conan 3D vs. Kowboje i Obcy
Ze dwa tygodnie temu poszliśmy sobie na Conana 3D. Filmu nie będę streszczał, ale powiem Wam, że nie warto przepłacać za efekt „tri di” bo to nie działa. Niewyraźne napisy polskie przysłaniane „efektem” sprawiły, że jeśli ktoś nie rozumie ze słuchu narzecza aktorów, to sobie nie poogląda. Do tego sama trójwymiarowość takoż nie zachwycała. Dużą część filmu miałem zdjęte okulary.
Co do gry aktorskiej to cóż… Nie zachwyciła. Ale gdyby to było normalne dwuwymiarowe kino, nie byłoby tak źle. Niestety ten trzeci wymiar trochę to schrzanił…
Tak więc film w moim odczuciu raczej kiepski. Aczkolwiek słabość do Ronona z SG: Atlantyda mieliśmy, więc obejrzeć trzeba było :)
Jako, że postanowiłem filmu nie opisywać to tyle o Conanie Barbarzyńcy.
Przejdę więc do drugiego tytułu, który miał być filmem raczej kiepskim z niezłą obsadą. Kowboje i Obcy na szczęście nie byli w trzech wymiarach. Do tego jeszcze mieliśmy całą salę dla nas. Mówię Wam, świetnie się ogląda film w kinie jak się jest tylko we dwójkę. Można spokojnie komentować i nikomu to nie przeszkadza. Do tego jeszcze jak dość głośno stwierdziliśmy, że film jest za głośno to po chwili zrobiło się znacznie ciszej. I tu taka drobna dygresja: czy nam się zdaje, czy filmy w kinie są coraz głośniejsze? Tak Conan jak i Kowboje darli się, aż uszy bolały. A może to efekt „ajpodyzacji” społeczeństwa? Słuchawki w uszach cały czas i problem ze słuchem gotowy…
Ale wracając do drugiego filmu. Nie wiem na ile to atmosfera opuszczonej sali kinowej a na ile dobrze zmontowany obraz i ciekawa historia sprawiły, że seans nam się podobał znacznie bardziej niż Conan? Zapewne kombinacja wszystkich tych czytników.
Kowboje i Obcy to ciekawy film. W kilku momentach nawet zaskakujący. Owszem, nie jest to coś, co zostaje w głowie na dłużej, jednak miło się siedziało we dwie osoby w sali kinowej na jakieś 40 osób i oglądało dość ciekawą i nie tuzinkową historię.
No i to by było na tyle. Po tak długiej przerwie w pisaniu na blogasku, cosik mi za dobrze nie idzie. Trzeba będzie się bardziej zmobilizować. No ale, to się jeszcze zobaczy :)
Terminator – Ocalenie
Wielkim fanem Terminatorów nie byłem i nie jestem. Po kolejnej odsłonie przygód dzielnych robotów niszczących z zapałem (godnym lepszej sprawy) ludzkość na pewno też fanem się nie stanę. Kolejny raz okazuje się, że wybrałem doskonałą taktykę „nieoczekiwania za wiele od twórców filmów”. Idę do kina na rozrywkę masową, która nie zaskoczy mnie głębokimi przemyśleniami czy odkrywczym spojrzeniem na życie. Wcale takowych nie oczekuję – wcale takowych nie dostaję, w związku z czym bawię się całkiem nieźle i wychodzę z kina zrelaksowany. A oto przecież w tej masówce chodzi. Byleby nie dać się za bardzo wkręcić ;-) Tak też właśnie było na tym filmie.
Trudno by było nie zgodzić się z tym, co u siebie napisał o tym filmie Papa CoSTa. „Terminator – Ocalenie” w żaden sposób nie powala. Jest filmem całkowicie przeciętnym, nie pozostawiającym żadnych specjalnych – czy to pozytywnych, czy to negatywnych – wrażeń na widzu takim jak ja. Owszem, efekty są mocne. Skala i rozmach z jaką dzieje się akcja w tym filmie przykuła mnie do kinowego (całkiem wygodnego) fotela na te 2,5h z siłą wystarczającą, aby czas ten po prostu mi minął. Oczywiście tak jak i na poprzednich filmach, o których tutaj pisałem, tak i teraz musiałem wyzbyć się wszelkiego oczekiwania na KINO, oraz zapomnieć o tym, o czym wielokrotnie tutaj wspominam – czyli odłożyć krytycyzm i zdrowy rozsądek na bok, najlepiej przed wejściem na kinową salę. To niestety zbędny tam balast. Powód jest ten sam co w Dniu, w którym zatrzymała się Ziemia – świat przedstawiony w filmie nie ma szans obronić się nawet wewnątrz samego siebie. Nie będę tu się rozwodził nad dość długą listą niedociągnięć jakie w filmie można obejrzeć bo nie o to chodzi. Więcej mądrych wniosków przeczytacie u wzmiankowanego CoSTy, do którego linkuję i zachęcam do zapoznania się z jego recką.
Moim zdaniem na film nie warto iść do kina. Chyba, że komuś strasznie zależy na tych efektach specjalnych. Gra aktorów kiepska, fabuły w zasadzie brak, wtórna i nudna, nie ma co trzymać w napięciu. Plusem są TYLKO te efekty, które jednak też nie są jakimś strasznym cudem. Są niezłe i kilka razy złapałem się na tym, że po prostu czekałem jakie kolejne „BUM” zafundują autorzy filmu w zupełności olewając fabułę, którą to owo „BUM” miało jedynie okrasić, jak wisienka na tort. No ale cóż, skoro tortu zabrakło, trzeba było się zadowolić wisienkami. To chyba przekleństwo dzisiejszego kina dla mas. Tak jakoś się stało chyba po „Matrix”, kiedy okazało się, że nie ma już rzeczy niemożliwych…
P.S.
Operacja serca na pustyni pod namiotem? No kamon! Nawet typowemu targetowi tych filmów zapali się światełko, że coś jest nie do końca O.K. Prawda?



