We wrześniu 2007 roku pisałem, że nie jestem ateistą. Powinienem był jednak dodać na końcu jedno krótkie słówko: „jeszcze”.
Tak, stałem się ateistą.
W roku 2007 rozpocząłem swoją podróż w poszukiwaniu sensu życia nie wiedząc nawet, że tak się stało. Zawsze szukałem sensu swojego istnienia na tej planecie. Dopiero jednak od tych 3-4 lat zacząłem to robić nie kręcąc się w kółko wokół jednej tezy, a naprawdę szukając odpowiedzi na pytania, które mnie nurtowały. Te moje wcześniejsze poszukiwania okazały się takim bieganiem po jasno określonym wybiegu, w centrum którego ZAWSZE znajdował się Bóg. Uznałem, że ateiści muszą mieć jakiś problem z głową, brak jakiejś chemii, która sprawia, że dobrze im się żyje bez wizji Boga. Ja takiego życia nie umiałem nazwać dobrym. Nie umiałem go sobie nawet zbyt dobrze wyobrazić, ponieważ wizja ta mnie odrzucała. Po kilkuletnich przemyśleniach, przeczytaniu wielu różnych książek i artykułów, oraz po przewartościowaniu własnego życia (które to przewartościowanie wcale nie było takie dramatyczne jak mi się wydawało, że być powinno) dołączyłem do tej grupy ludzi, którzy mają jakiś problem z głową :)
Mój ateizm jednak nie polega na całkowitej negacji duchowości. W ogóle ateizm nie powinien na tym polegać. W naszym życiu, oraz w życiu miliardów ludzi na świecie co jakiś czas pojawiają się rzeczy, które są na razie trudne do wyjaśnienia. Nie oznacza to jednak wcale, że muszą z tymi wydarzeniami być powiązane jakieś siły nadprzyrodzone, Bóg. Kiedyś przecież przelot komety na niebie stanowił „znak od Boga”, a dzisiaj już wiemy czym te gwiazdy z ogonem są faktycznie.
Nauka nie lubi wkraczać w sferę duchowych odczuć czując się tam nie do końca na miejscu. Tymczasem okazuje się przecież, że materia o której zdobywamy coraz większą wiedzę, oraz prawa, które nią rządzą, buduje cały Wszechświat zaledwie w 4%. Tak właśnie. Cała nasza wiedza fizyczna to wycinek z wycinka. Dlatego nie odrzucam możliwości, że istnieje coś więcej. Odrzucam jednak wszelkie idee boga lub bogów, którzy są wszechmogący, pełni miłości i odpowiadają w jakikolwiek sposób na nasze modlitwy.
Spróbuję może wyjaśnić dlaczego odrzuciłem taką ideę Boga.
Jest bardzo kusząca, gdyż w chwilach zwątpienia można się podeprzeć najsilniejszym przyjacielem na podwórku. Taką samą rolę spełnia też zapewne religia ze swoimi obrzędami, autorytetami moralnymi czy przykazaniami, które porządkują trudne i często wysoce nierozwiązywalne problemy. Niestety oprócz tych niezaprzeczalnych plusów pojawia się jeden zdecydowany minus. Posiadając „wiedzę” o tym, że gdzieś tam jest jakiś Bóg, który czuwa nade mną i mnie kocha łatwo popaść w pewien schemat myślowy, aby wszystkie zdarzenia w swoim życiu wypełniać tym właśnie bytem. Czy to złe? Uważam, że tak, ponieważ wyłącza szersze myślenie. Upraszcza problemy i sprowadza je do jednego poziomu. Pozbawia nas właściwej perspektywy. A do tego jeszcze dochodzi do głosu potrzeba udowodnienia wszystkim dookoła, że przecież „mój Bóg jest najmojszy”. A takie myślenie to już wiemy do czego prowadzi w pierwszej kolejności.
Czy bez Boga można być dobrym?
Uważam, że absolutnie tak. Mam coraz większą chęć angażować się w jakieś inicjatywy społeczne, których celem jest pomoc ludziom. Dzięki temu, że nie wierzę, iż jakiś Bóg Tak Chciał, żeby w Afryce ludzie żyli w skrajnej nędzy, chcę naprawdę pomagać innym. Nie przeszkadza mi już wiara, że jesteśmy tu z powodu jakiegoś Boskiego Planu, którego nie możemy pojąć. Teraz wiem, że sami tworzymy swój świat i sami musimy budować plany na swoje życie. Taka poduszka bezpieczeństwa jaką jest religia sprawia, że nie staramy się wystarczająco mocno, bo przecież wcale nie musimy. Wrzucimy trochę na tacę, lub damy do puszki z napisem Caritas i voila. Zrobiliśmy jakiemuś biedakowi dobrze. A przecież możemy znacznie więcej. Ba! nawet musimy znacznie więcej. Nie mówię, że wszyscy ludzie wierzący są nieczuli na cierpienie innych. Nie, absolutnie tak nie twierdzę. Jednak jako grupa, jako tłum, łatwiej ich znieczulić i łatwiej manipulować. A przecież chodzi o coś więcej. O znacznie bardziej złożony system, w którym można starać się, aby wszyscy byli szczęśliwi:
Czy przez to, że utraciłem „łaskę wiary” straciłem „zadziwienie światem”?
No i właśnie to jest najlepsze w tym wszystkim. Nadal nie mogę wyjść z zachwytu nad złożonością i cudownością otaczającego mnie świata. Nadal nie mogę się nadziwić wspaniałości człowieka. Dodatkowo – jako bonus – zwiększyła mi się ciekawość wszystkiego. Zawsze miałem w sobie sporo z trzylatka, który potrafi na środku chodnika ukucnąć i gapić się z otwartymi ustami na jakiegoś robaczka. Teraz jednak ta ciekawość poznawania wzmogła się we mnie. To już nie jest „cud Boży” a zachwycająca sytuacja do zbadania. Cudów się nie bada, nie wyjaśnia. Można się tylko przed nimi ukorzyć i je podziwiać. Wcześniej w ogóle tego nie widziałem, dopóki nie podjąłem ryzyka sprawdzenia jak to jest po drugiej stronie lustra.
I wiecie co?
Tu jest znacznie bardziej magicznie i cudownie niż myślałem, że to w ogóle możliwe.
Mamy tu więcej miejsca na zdziwienie i na podziwianie niż po tej „starej” stronie. Dodatkowo możemy naprawdę szukać wyjaśnień. RÓŻNYCH wyjaśnień. Od tego bogactwa aż się w głowie kręci. Wcale nie muszę przyjmować, że to czego nie rozumiem, musi być dziełem jakiejś Siły Sprawczej. Mogę szukać tej Sprawczej Siły. I to jest piękne. Szukać prawdziwych powodów, które coś wprawiają w ruch, które dają jakiemuś zjawisku sens, które sprawiają, że się śmieję lub płaczę. Powodów małych i dużych, ale to nie ma znaczenia, bo nikt z nas nie wie czy to, co dzisiaj wydaje się nam małym, jutro nie urośnie do rangi globalnej.
Wydawałoby się, że odrzucając coś tak potężnego jak Bóg, nie można już czerpać z życia żadnej radości. Jednak JA dopiero teraz zaczynam rozglądać się z zachwytem i podziwiać ten świat. Idea Boga jest zbyt wielka i zajmuje zbyt wiele miejsca. Teraz mogę zacząć przyglądać się temu wszystkiemu, na co nie starczało miejsca wcześniej. A do tego poziom mojej tolerancji wzrósł znacząco.
Na pewno wiecie, że w naszych mózgach są miliardy komórek. Wiecie też zapewne, że ilość połączeń między tymi komórkami jest większa niż ilość gwiazd we Wszechświecie. Jak więc można ograniczyć tak cudowną strukturę do tego, aby wszystko co zadziwiające wyjaśniała tylko w jeden, z góry uznany sposób? To nie etyczne, nie moralne i złe.
Najgorsze w tym jest to, że takie ograniczenie jest praktycznie przeźroczyste. Niezauważalne. Albo przynajmniej ja tego nie dostrzegałem dopóki nie podjąłem się sprawdzić jak to jest wyjść poza uświęcony schemat. Wbrew pozorom to nie jest takie trudne, ale szczerze się przyznam, że nie wiem co zrobić, żeby zajrzeć w ten świat po tej drugiej stronie pierwszy raz. Ja zwyczajnie zacząłem czytać więcej na ten temat. Czytać wszystko to, co powodowało we mnie niezadowolenie bo obalało lub podważało moją dotychczasową filozofię życiową. Oczywiście nie było to bezkrytyczne przyjmowanie wszystkiego co było na nie, bo nie o to tu chodzi. Postanowiłem użyć nowej broni przeciwko niej samej…
I zakochałem się w tych możliwościach. Pokochałem ludzi od nowa.
Mamy prawo się mylić. Nasze pomyłki nie odbierają nam prawa do dalszych poszukiwań.
Dlatego mam jedno „przesłanie” do tych, którzy to jednak czytają i doszli aż tak daleko :)
Poddawajcie Waszą wiedzę ciągłej konfrontacji z poglądami odmiennymi. I nie ograniczajcie się tylko do tego, co Was jakoś szczególnie interesuje. Podejmujcie wyzwania w różnych dziedzinach życia. Stańcie się specjalistami w jednej czy dwu, ale znajcie się na kilkunastu i interesujcie się jak największą ilością tematów!
