Star Trek (Hard) Reset
W zeszłym tygodniu w piątek, korzystając z dnia urlopu wybraliśmy się z Gabcią do kina na nowy film o załodze statku Enterprise. Ponieważ uwielbiałem serialowego Star Treka nie spodziewałem się niczego dobrego po jego kinowej odsłonie. Po co psuć sobie przyjemność z oglądania filmu, za który płaci się jakąś kasę?
[Obrazek zaiwaniłem stąd.]
Tak więc, jak łatwo się z tego wstępu domyśleć, bawiłem się na tym filmie całkiem nieźle. Olałem wszystko to, co pamiętałem z dawnych dobrych serialowych przygód załogi kapitana Jamesa Tiberiusa Kirka.
Może dwa krótkie słowa o tym, dlaczego podoba mi się serial telewizyjny. Nie jestem Trekkiem (czy jak to się odmienia), nie szaleję na punkcie tego serialu ani nic z tych rzeczy. Po prostu zawsze mi się podobało, że film ten starał się iść z duchem czasu oraz aktualną wiedzą naukową z zakresu wielu dziedzin: fizyki, biologii, astronomii itd. Owszem, dzisiaj często wygląda to żenująco, śmiesznie czy niepoważnie, jednak liczy się sam fakt, że serial próbował odpowiadać na trudne pytania w sposób zgodny z ówczesną wiedzą naukową. Oczywiście nie uchroniono się przed wieloma błędami czy uproszczeniami, to normalne i nie do uniknięcia. Mimo wszystko jednak zawsze z przyjemnością oglądam dowolny odcinek, dowolnej serii Star Treka.
Wracając więc do najnowszej, kinowej odsłony filmu, stwierdzić muszę, że z “prawdziwym” Star Trekiem ma on tyle wspólnego co ruskie pierogi z Europą. Łączą ich tematyka i główni bohaterowie i to wszystko. Na kanwie świetnego serialu powstało coś w sumie nowego, przebranego w stare ciuchy. Tak, bawiłem się w kinie całkiem nieźle. Fajnie było wychwytywać drobne niuanse i smaczki jakie udało się producentom filmu przemycić z telewizyjnego serialu na ekrany kin. Jednak nie ma co udawać, film całkowicie zaniedbał, a może porzucił wysokie ambicje poprzedników do stawiania trudnych pytań i dawania trudnych odpowiedzi na te pytania, za pomocą dostępnej wiedzy naukowej.
Widocznie może film bardziej ambitny nie przyciągnął by ludzi do kin? Bardzo możliwe i nie mam za złe producentom, że potraktowali po macoszemu to, co wyróżniało zawsze serial Star Trek od innych podobnych obrazów czy to kinowych czy telewizyjnych.
Nie będę się tu rozpisywał za wiele, bo zdaję sobie sprawę, że jestem osamotniony w swoim odbiorze tego filmu. Mnie osobiście naprawdę podobały się ze 3 – 4 sceny z kinowego Star Treka (warpowanie rządzi! te basy to tylko w kinie można naprawdę poczuć!), ale nie chcę spoilerować. Generalnie film na pewno wart obejrzenia, chociażby ze względu na pewne drobne smaczki (chociażby to, jak Kirk zakłada nogę na nogę siedząc w swoim kapitańskim fotelu), oraz kilka większych wtop, których nie umiem wytłumaczyć nijak jak brakiem wiedzy (niedouczeniem?) ludzi odpowiedzialnych za scenariusz. Bo dałoby się ich uniknąć bez niszczenia fabuły.
A właśnie! Fabuła! Nie nastawiajcie się na coś więcej niż hamburger z MacDonalda z przesolonymi frytkami i colą w której więcej lodu niż czarnego płynu. Fabuły tak naprawdę nie ma. Jest jakaś proteza, na szybko sklecona, która mu usprawiedliwić te odjazdowe efekty warpowania czy strzelanie do torped z fazerów. Swoją drogą jedna z lepszych scen w filmie to około 15 sekund naparzania z fazerów Enterprise w torpedy lecące na spotkanie ze Spockiem.
Podsumowując – film do jednokrotnego obejrzenia i szybkiego zapomnienia. Przynajmniej ja go tak odebrałem.
Popularity: 10% [?]

