Świat stworzony przez ludzi nie mających pojęcia o logice oraz ekologii. Nie mówiąc już o kosmitach ;-)
No cóż, biorąc pod uwagę pierwsze wrażenie, film oceniam pozytywnie. Dostarczył nam rozrywki przez te prawie 2h jakie spędziliśmy w kinowych fotelach. Ogląda się to dobrze, ale żeby cieszyć się seansem należy na półkę odstawiać zdrowy rozsądek i trzeźwą ocenę sytuacji jaka panuje na „naszej” planecie. Gdy już oglądaliśmy napisy końcowe, wstając z kinowych foteli i szykując się do wyjścia, zdrowy rozsądek próbował popsuć przyjemność z seansu. Oczywiście po kilku godzinach mija ten początkowy „zachwyt” filmem. Nie ma co ukrywać. Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia jest filmem do bólu kiepskim jeśli chodzi o scenariusz. Podobno oryginał był znacznie lepszy. Nie wypowiem się, bo nie wiem. Może kiedyś obejrzę a może nawet sięgnę po książkę Harry’ego Batesa „Farewell to the Master”, żeby przekonać się jak mało z niej w najnowszej ekranizacji zostało.
Ponieważ film obejrzeliśmy jakieś 3 tygodnie temu, jestem teraz w stanie podejść do niego z mniejszym „hurra-optymizmem” niż zaraz po wyjściu z kina. Przemyślałem sobie kilka wątków z filmu i mogę Wam śmiało powiedzieć (to znaczy napisać), że film jest, jeśli chodzi o efekty specjalne całkiem niezły. Natomiast fabuła jest do kitu. Trzyma w napięciu tylko jeśli oglądając nie będziecie się zastanawiali nad jej idiotyzmem. Cała ta ekologiczna papka jaką serwuje nam ten film, po chwili zastanowienia rozpada się pod własnym ciężarem. Ten obraz nie jest w stanie obronić się nawet w świecie, specjalnie dla niego stworzonym. Po prostu rozlatuje się w drobny mak pod byle jaką krytyką i odrobiną logicznego myślenia. Nie da się obronić przesłania jakie wypełnia nam kinowy ekran. To się po prostu nie klei. Jak to mawia jeden z moich znajomych w pracy:
Kamyczki, patyczki…
kiedy na co porannym spotkaniu działu adminów, ktoś zaproponuje jakieś obejście problemu, zamiast solidnego rozwiązania. Scott Derrickson oraz panowie Edmund H. North i David Scarpa właśnie takie obejście tutaj próbują nam wcisnąć. Z patyczków i kamyczków, poprzetykanych gdzieniegdzie przeżutą gumą do żucia, chcą zbudować monumentalne dzieło o głębokim przesłaniu. Wysiłek ten musi być skazany na niepowodzenie.
Moim skromnym, absolutnie im się to nie udaje. Idąc na ten film do kina nie liczcie na duchową ucztę. Obejrzycie, raczej ciekawe zdjęcia (będące zasługą Davida Tattersalla oraz dacie się wciągnąć w klimat sugestywnej muzyce stworzonej przez Tylera Batesa, jednak to jedyne mocne strony filmu. Efekty specjalne też stoją na niezłym poziomie, jednak to dzisiaj już standard i nie komputerowe wybuchy decydują o jakości filmu. Film ten jest świetnym przykładem tego, jak popularne kino hamerykańskie obniżyło poprzeczkę przez ostatnie 50 lat. Obejrzeć można, ale potraktować poważnie się nie da. To niestety dość już dzisiaj typowe dla tego rodzaju filmów…
[Zdjęcia podprowadzone gdzieś stąd i stąd.]


Pingback: Terminator – Ocalenie | Walth’s World