Do Ubuntu wrócę za jakieś 10 miesięcy
Ostatnia wersja Ubuntu sprawiła, że intensywnie rozpocząłem poszukiwania nowego systemu operacyjnego. Pobawiłem się Fedora Core 10, OpenSolarisem i Windowsem 7. Jak na razie Windows pozostał na laptopie a reszta systemów została odinstalowana. Przyczyną takiego stanu nie jest moje zamiłowanie do systemu Microsoft, ale chęć przetestowania przez kilka miesięcy tego systemu. Ubuntu okazało się nie spełniać wszystkich moich oczekiwań usera desktopowego. Dam mu kolejną szansę za 10 miesięcy, czyli wtedy, kiedy wydana zostanie wersja 9.10. Nie sądzę, żeby to była wersja przełomowa, ale przez 10 miesięcy korzystania z Windowsa wyrobię sobie opinię na temat obu tych systemów.
Zaskoczenie moje Windowsem 7 jest duże. Ten system zaczyna się już naprawdę nadawać na desktopa do codziennego używania.
Muszę przyznać, że zanim MS wydał Windowsa Vistę z koniecznymi do jego prawidłowego funkcjonowania poprawkami, miałem kiepskie zdanie na temat systemów operacyjnych z tej stajni. Teraz, korzystając z bety Windows 7 uważam, że ten system w końcu zaczął się nadawać na desktopa. Nie mam tu na myśli trzymania Windowsa już tylko do grania czy korzystania ze specjalistycznych programów, ale do korzystania z Windowsa przy buszowaniu po Internecie, czatowaniu ze znajomymi, pisaniu, czytaniu, słuchaniu muzyki itd. Ten system zaczyna się już do tego naprawdę nadawać! Wygodny jeszcze nie jest. Jak na razie GNOME nadal bije go na głowę. Siódemka musi jeszcze dojrzeć, bo to, co MS zaproponował w kwestii interfejsu nie do końca się sprawca i przy intensywnym korzystaniu jest uciążliwe, zamiast ułatwiać – utrudnia pracę. Chyba, że to jest pomysł tej firmy – zmusić usera do zmiany przyzwyczajeń…
Tak więc, na razie Linuksa używam na serwerach w pracy oraz na komputerze pracowym. Na laptopie możliwe, że za jakiś czas będę potrzebował zainstalować jakieś Ubuntu, jednak postaram się, żeby jak najdłużej głównym systemem pozostał Windows 7. Będę testował, sprawdzał, uczył się i zobaczę co z tego wyniknie.
Drugi dzień po – przemyślenia
Dzisiaj miał być drugi trening aikido. Niestety kontuzja palca jakiej się nabawiłem na pierwszym uniemożliwiła mi pójście. Ale co się owlecze to nie uciecze. Muszę przyznać, że dzisiaj miałem straszną chęć na trening pójść i rozruszać to zesztywniałe i zakwaszone cielsko. Od lat mnie tak mięśnie nie bolały i to jest fajne mimo, że wkurzające. Sporo minusów ma to aikido trenowane w sali gimnastycznej, jednak chyba dam mu miesięczną szansę a po miesiącu się zobaczy. Może zrezygnuję, może zostanę a może zmienię dojo. Się przekonam.
Jedno jest pewne. Teraz czeka mnie sporo czytania. Mam zamiar dowiedzieć się wszystkiego co tylko można o aikido. Poznać historię, ideę, plany na przyszłość. Nie chcę chodzić na trening jak na aerobic jakiś, chcę się zaangażować w coś, co ma sens i da mi przyjemność nie tylko cielesną, ale i umysłową oraz duchową.
Tak więc dwa dni po pierwszym treningu podchodzę do tego tematu zupełnie inaczej. Moje ciało czuje, że coś się z nim w poniedziałek działo i zaczyna zadawać pytanie, czy to była jednostkowa akcja i można olać ten wydatek energii czy też mam zamiar je tak katować częściej. Na razie umysł obiecuje katusze przez najbliższy miesiąc. Tak więc, cielsko kochane, organizuj energię skąd tylko możesz bo w poniedziałek znowu dostaniesz w tę swoją chudą dupę.
Ćwiczenia są dobre dla ducha, dla ciała niekoniecznie…
Pierwszy trening aikido. Zaliczyłem przesunięcie wątroby do pięty, odbite płuca, wybity mały palec prawej stopy (krwiak aż miło patrzeć i puchnie w oczach), ale jestem szczęśliwy jak dziecko :D Taką frajdę ostatni raz miałem kilkanaście lat temu jak trenowałem karate. W każdym razie żyję i jest szansa, że w środę znowu trafię na matę i może w końcu rozgryzę jak się kurde upada, żeby było huk, ale bez przemieszczeń kości i części miękkich ciała.
Chociaż z drugiej strony patrząc to wątpię, że to rozgryzę już na drugim treningu…
Kiedyś będę potrafił tak latać :D A na razie idę w wannę pozbyć się kwasu mlekowego z mięśni. Jakbym się nie odezwał przez kilka dni, znaczy, że nie nauczyłem się jeszcze upadać ;-)
Ale pracuję nad tym.
Żebyście sobie nie myśleli, panie też tam mamy :D I potrafią nieźle wymiatać, zarzucać, podcinać i robią to z prawdziwą gracją, której brak klockowatym facetom. Powiadam Wam, na aikido będzie mi się bardzo przyjemnie chodziło, nawet mimo tych różnych przemieszczeń i przesunięć, spuchnięć i odbarwień co niektórych części mojego ciała :D Już się cieszę na środowe siniaki :)






