Szczęście chadza parami…
Zastanawialiście się czasami nad wydarzeniami jakie Was na co dzień spotykają? Nie mam tu na myśli jakiś wielkich spraw. Chodzi mi bardziej o takie codzienne błahostki, które albo irytują albo wywołują uśmiech radości na twarzy. Ja się ostatnio właśnie zastanawiałem – podczas powrotu z pracy do domu – nad tak zwaną złośliwością losu lub byciem w czepku urodzonym.
Od czego to zależy? Skąd się bierze fakt, bo to chyba jest fakt, że jedni są szczęśliwcami i wszystko czego się tkną im wychodzi, ale jest też spora grupa, tzw. pechowców, którzy zawsze trafiają do najdłuższej kolejki w sklepie, czy też to zawsze im się w praniu nowy sweter skurczy albo kartka ze ściągawką na klasówce z rękawa wypadnie. Oczywiście między tymi granicznymi przypadkami jest cała masa odcieni i barw – ludzi, którym częściej jest źle niż dobrze, lub tych, którzy więcej razy trafią bilą do łuzy niż chybią. W czym tkwi sekret?
Oczywiście nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie :)
Zacząłem jednak iść dalej tym tokiem rozumowania.
Otóż chyba wszystkim z nas zdarza się czasami, albo trochę częściej narzekać. Przeważnie psioczymy, że pogoda zła, że korki znowu w mieście i się do pracy spóźnimy, że ślisko, że… Długo by można wymieniać. Ergo, czy faktycznie narzekamy bo coś się kiepskiego dzieje, czy też jest kiepsko bo lubimy narzekać i wytwarzać wokół siebie negatywny obraz naszego świata?
Polskość, a co to?
Tak sobie od czasu do czasu czytam różne polityczne blogi i blogaski, komentarze do różnych wydarzeń politycznych czy około politycznych i dochodzę do wniosku, że media starają się zawsze stać obok. Mało któremu dziennikarzowi tak naprawdę było/jest żal, że EXPO 2012 we Wrocławiu *nie odbędzie się*. Chodzi tylko o szum. Nikt nie myśli w kategoriach przydatności czy opłacalności. Chodzi o wydarzenie medialne. Strasznie to przykre jest i wcale nie odkrywcze, bo pewnie każdy z moich Wielce Szanownych Czytelników, zdaje sobie z tego sprawę już od dawna, a ja tu tylko pisze _oczywiste oczywistości(TM)_.
A wystarczyłoby zapomnieć o podziałach, niesnaskach i różnicach. Wystarczyłoby zacząć szukać tego co wspólne i co może być podwaliną pod przyszłe projekty. Ja upatruje to w zaściankowym chrześcijaństwie jakie od lat wyłazi nam z cholewy gumofilców. W strachu przed nowym, nieznanym i nieopisanym. Jeśli _ksiunc_ nie poświecił to znaczy, że nie ważne, a skoro nie poświęcił, to znaczy, że _PanBukowi_ się podobać nie będzie. No i to na pewno Niemcy, więc lepiej od razu się odciąć i nazistom nie dać satysfakcji. Wiadomo, że tam gdzie techniczny postęp tam nie ma Boga, więc lepiej trzymać się naszego zaścianka i umierać za preambuły i pierwiastki (żeby chociaż za %, to jeszcze bym zrozumiał) niż zrobić coś dla wspólnego rozwoju i dobra. Dla nas, dla państwa, które tworzymy.
Ech… Może doczekam czasów kiedy w naszym pięknym (naprawdę tak uważam) kraju, gospodarność nie będzie piętnem i zamiast słów krytyki i *CBA* na karku, będzie wzbudzała podziw i szacunek u sąsiadów. Kiedy krętactwo przestanie być utożsamiane z zaradnością a brak pieniędzy i perspektyw z uczciwością. Może kiedyś tego doczekam… Chciałbym żeby moralność nie była jednoznaczna z chrześcijańskim wychowaniem i chrześcijańskim systemem wartości.
Koniec i kropka. Czas na zdjęcie narodowo-chrześcijańskich klapek z oczu!
To pisałem ja, *Marcin Radczuk*.
Głód muzyki czasami jest i już
Otóż to! Czasami dopada mnie taki niepohamowany głód dobrej(TM) muzyki. Posłuchałbym Lacrimosy, Within Temptation czy jakiegoś Moonspella. Powoli smakował, tak jak dobre wino, nutki sączące się z głośnika. Przymknął oczy i delektował się muzyką, którą jakiś człowiek, w niepojętej, prawie że boskiej mądrości, poskładał razem tworząc harmonię dźwięków. Nie chcę przez to powiedzieć, że tylko ta muzyka której ja słucham ową harmonie posiada – absolutnie nie! Po prostu w tej muzyce ja odnalazłem pojednanie i w tej muzyce odkryłem nowe sposoby przyglądania się światu. Muzyka jest dla mnie magią. Nie rozumiem skąd się bierze, sam nie umiałbym nic dobrego stworzyć, ale uwielbiam się nią delektować. Nie lubię tłumów na dyskotekach czy innych hard zoneach (mimo, że kiedyś tam byłem w miarę częstym „gościem” – przeszło mi to). Lubię w zaciszu własnego mieszkanka zatańczyć do jakiegoś Voodoo ( Godsmack). Aczkolwiek ten kawałek to zły przykład, bo on wspaniale mnie wyłącza nawet na jakimś zlocie „satanistów” i nic nie jest w stanie mi przeszkodzić zatańczyć go tak, jak ja lubię. Nic! :)
Słuchanie muzyki jest jak seks. Inni się mogą tylko domyślać jak dobrze ci jest lub było. Żadne słowa nie opiszą prawdziwych odczuć z tym związanych. Można próbować, tylko nie ma co liczyć na sięgnięcie prawdy ostatecznej. MAGIA po prostu.
Jak mnie taki głód napadnie to każda muzyka z mojego katalogu muzyki dobrej sprawia, że coś mi przeskakuje w głowie i nagle wyłączam się i odpływam na falach. Po jakimś czasie nasycę się na tyle, że już mnie tak nie resetuje, ale ładowanie muzycznych baterii jest prawie zawsze ekstatyczne. MAGIA jak nic!



