sie 17 2007

“Wschód Księżyca” – Ben Bova

Marcin Radczuk

 Przez przypadek (jak większość książek, które przeczytałem), dostałem w swoje szpony tę książkę. Gaba miała ostatni dzień pracy w Empiku, więc musiała zdać wszystko co tam miała łącznie z kartą dającą sporaśne zniżki na zakupy w salonie. W związku ze związkiem, a nawet bez związku, miałem coś sobie wybrać na ostatnie tanie zakupy :-) Nie miałem zbyt wiele czasu. Wpadłem na stronę internetową Empiku i sobie poszperałem w s-f. Napatoczył się Benjamin William Bova i Wschód Księżyca z jego serii “Droga przez Układ Słoneczny”.

Od razu na wstępie napiszę Wam, że koleś jest moim numero duo wśród autorów s-f, zaraz po Izaaku Asimovie. Asimov to bóg literatury science fiction, a Bova to jego namiestnik na Ziemi ;-) (Traktujcie to z przymrużeniem oka i nie podciągajcie pod to, co piszę tutaj:).

Wschód Księżyca dzieje się w bliżej niesprecyzowanej, niezbyt jednak odległej, przyszłości, kiedy to ziemia posiada dwie, słabo rozwinięte bazy księżycowe. Jedną oczywiście mają hamerykanie drugą przebiegłe japońcyki. Projekty te nie są rządowe tylko prowadzone i finansowane w całości lub znacznej mierze z budżetów dwóch wielkich korporacji.
Jest o nanotechnologii, jest o lotach między planetarnych, o odkryciach, o pionierach i pograniczu – czyli o wszystkim tym, co zachwyca (prawie)każdego faceta i część pań – (jeśli czyta to jakaś pani z tych, co to właśnie należą do tej grupy sięzachwycających, niech tutaj natychmiast nam się ujawni! ;-)).

Co jest takiego fantastycznego w tej książce?

Hehe…

Główny bohater ginie po kilkudziesięciu stronach. To fantastyczne! Czuje się rozmach fabuły. Emocje są naprawdę duże, bo kolejni bohaterowie, którzy pojawiają się na scenie są równie śmiertelni. Naprawdę czytając spodziewamy się wszystkiego. Nawet tego, że ten zły zwycięży i autor odkryje przed nami jakiś nowy wątek. To niesamowicie odświeżające uczucie po tych wszystkich książkach, gdzie najważniejszy z bohaterów oprze się każdemu niebezpieczeństwu i zmiażdży swoich wrogów nadludzką mocą.

Jakże się nie mogłem doczekać drugiego tomu: Wojna o Księżyc… I jak szybko go nabyłem, żeby jeszcze szybciej przeczytać…

Ale o tym w następnym odcinku ;-)

Popularity: 6% [?]

A może zechcesz podzielić się tym wpisem z innymi?:
  • Wykop
  • Gwar
  • Sphinn
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Mixx
  • Google Bookmarks
  • MySpace
  • Netvibes
  • Print
  • Ping.fm
  • StumbleUpon
  • Technorati
  • TwitThis
  • Tumblr

sie 17 2007

Doskonały chwyt kończący

Marcin Radczuk

Czas jakiś temu prowadziłem dość ciekawą ale i zarazem burzliwą dyskusję z pewną koleżanką Gabrysi (no i moją oczywiście także). Jak wiadomo im ciekawsze dyskusje tym burzliwsze, aczkolwiek nie znalazłem żadnego wzoru, który by to zagadnienie jakoś wyjaśniał, więc trzeba mi dać wiarę na tzw. słowo. Dyskusja w zasadzie nie wiem jak się rozpętała. Było coś o giełdzie, o “prawdziwej wartości pieniądza” – cokolwiek to znaczy, o spekulacjach finansowych, generalnie o świętym oburzeniu, że wszyscy nie mają po równo, lub tyle ile “wypracują” – znowuż cokolwiek to znaczy.

Później bardzo gładko przeszliśmy na tematy moralności, dojrzewania, religii, wiary, Boga i ateizmu. Nadal więc było równie gorąco. Akurat tego dnia popełniłem na blogu wpis o 4 powodach mojego braku wiary. Przedstawiłem owej koleżance te powody (co nie było łatwe, gdyż jest ona godnym adwersarzem) i temperatura dyskusji chyba się nawet jeszcze podkręciła. Na koniec, jak już wszyscy inni od dłuższego czasu mieli nas dość, koleżanka ta stwierdziła, że to wspaniałe, że ja poszukuję, że czuję wezwanie do Boga silniej niż inni wokół mnie. I inne tego typu zdania padały jeszcze z jej ust. Myślała, że w ten sposób miło zakończy naszą ostrą już momentami debatę. Wkurzyłem się, ale po jakiś 5 sekundach stwierdziłem O.K. nie ma szans na wyjaśnienie, że tam, gdzie teraz szukam, nie ma już Boga. Tam gdzie ona znalazła swojego Boga, ja nie znalazłem nic takiego i poszedłem gdzie indziej (zważcie, że nie napisałem dalej). Po prostu chyba nie może ona zrozumieć, że można odrzucić istnienia takiego Boga jakim ona Go znalazła. Strasznie to dołujące doświadczenie było dla mnie.

[To właśnie pod wpływem tej dyskusji powstał także ten.]

Znowuż samo szukanie jest pewnym aktem, którego nie umiałbym się wyzbyć. Wierzę w boga, ale nie jednostkowego, osobowego. Jeszcze tego dokładnie nie zdefiniowałem i pewnie nie zdefiniuję nigdy, ale najbliżej tego w co wierzę jest wiara w reinkarnację i panteizm. Może kiedyś uda mi się to bardziej sprecyzować, bo kilka pomysłów na budowę tego wszystkiego mam ;-) Rozwój duchowy, osobisty, emocjonalny, moralny i intelektualny jakiego ostatnio w bardzo wzmożony sposób doświadczam, bardzo mnie zadziwia i chłonę to wszystko z wielkim zaciekawieniem i dziecinnym pytaniem w oczach:

Co dalej?!

***

Nie chcę się kłócić. Nie znoszę się kłócić. I naprawdę mi przykro, że nienawidzę religii. Możliwe, że z czasem uda mi się tę nienawiść zamienić po prostu tylko i wyłącznie w gniew i pogardę.

Popularity: 6% [?]

A może zechcesz podzielić się tym wpisem z innymi?:
  • Wykop
  • Gwar
  • Sphinn
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Mixx
  • Google Bookmarks
  • MySpace
  • Netvibes
  • Print
  • Ping.fm
  • StumbleUpon
  • Technorati
  • TwitThis
  • Tumblr

statystyka