Zakamarki związane ze związkiem
Jak to jest, że będąc z kimś 24/7 , angażując wiele uczuć codziennie w odniesieniu do tej osoby, tak szybko przestajemy być miarodajnym źródłem różnych rad? Skomplikowane zdanie? Spróbuję jaśniej i na osobistym przykładzie (mam nadzieję, że Gabcia mi wybaczy ;-)).
Otóż będąc z moją Gabcią jakiś już kawałek czasu (ze dwa lata będzie jak nic…) przesiąknęliśmy sobą i nasze życia przestały być tak prywatne jak były kiedyś. Z czasem przestaliśmy też być dla siebie tajemnicą jaką są obcy ludzie. Słabości nasze wyszły na jaw, nasze humory i charakterki. W tym momencie autorytety nasze troszkę się rozmyły. To, co radzi mi Gabcia nie zawsze ma należytą siłę przebicia. Nie wiem na czym to polega.
Taki prosty przykład. Chciałem kiedyś bardzo rzucić pracę. Już! Teraz! Od razu! Gaba mówiła, że lepiej najpierw coś znaleźć, niźli iść tak od razu na gorąco i pod wpływem emocji. Odrzucałem jej argumentację, twierdząc, że jest zachowawcza i podszyta tchórzem. W ten sposób to nigdy się z tej roboty nie wyrwę… itd. itp.
Jednakże te same stwierdzenia, może troszkę inaczej uargumentowane, wypowiedziane przez koleżankę z pracy, sprawiły, że jednak powściągnąłem nerwy i emocje i nie złożyłem wypowiedzenia, zanim nie znalazłem czegoś lepszego. Może nie ma tu prawdziwego autorytetu, ale zastanawiający jest fakt, że im bliżej z kimś jesteśmy, tym słabiej możemy go słyszeć.
To taki dla mnie ważny wniosek do przemyślenia. Może dlatego, że jak nie znamy wielu wad naszego rozmówcy, trudniej nam doszukać się „głupot” w tym, co do nas mówi. Za mało mam po prostu jeszcze doświadczenia życiowego, żeby radzić sobie w związku z drugą osobą tak, jak należy.


