Religia wzbudza wielki emocje co widać chyba na każdym blogu poruszającym tą tematykę, nawet u mnie w dwóch wpisach o religii zebrałem największą ilość komentarzy i odwiedzin (No i co z tym Bogiem? O trudzie dyskusji, Śmiać się czy płakać? ).
To oczywiste, że coś tak ważnego a zarazem tak kruchego, czego nie da się udowodnić, ba! z tego, że nie da się tego udowodnić, czyni się wręcz największą zaletę i cnotę – budzi tyle skrajnych emocji.
Dlaczego nie jestem religijny?
Chyba każdy wpis o religii jaki umieściłem na swoim blogasku zdradza mój negatywny stosunek do wiary, sarkazm i czasami wrogość. Jest tak pewnie z kilku powodów:
Wychowanie.
Mój ojciec był/jest antyklerykałem i jego wrogość do Kościoła udzieliła się po części mnie. Co prawda ojciec nigdy nie był dla mnie jakimś autorytetem i nie miałem z nim chyba nigdy najlepszych kontaktów, ale logiczność i racjonalność jego wywodów antykościelnych do mnie przemawiała.
Może słowo wychowanie jest tutaj troszkę na wyrost, bo nikt na antyklerykała mnie specjalnie nie wychowywał. Chodziłem na religię w szkole a mama ganiała mnie co jakieś większe święta na msze do kościoła. Tak więc pewnego rodzaju zderzenie dwóch światów i możliwość samodzielnego przemyślenia tej sprawy, przedyskutowania od czasu do czasu tych światopoglądów z rodzicami pozwoliło mi nie ulec szkolnej i społecznej indoktrynacji. Często dzięki takim dyskusjom z moją mamą uświadamiałem sobie kwadraturę koła w ujęciu wiary i religii. Mojej mamie podobała się myśl o reinkarnacji, narzekała na księży i generalnie twierdziła, że nie wierzy w Kościół, ale nie widziała sprzeczności w tym, co myśli i w co wierzy a w tym co robi, czyli chodzenie na msze, dawanie na tacę, spowiedź itd, itp. Nauczyło mnie to krytycyzmu. I bardzo ten krytycyzm sobie cenię. Nauczyłem się też, że można zmieniać zdanie na jakiś temat, należy to jednak robić z rozwagą i nigdy nie należy być jak chorągiewka na wietrze.
Charakter.
Może lepiej napisać charakterek.
Jestem straszna przekora. Lubię pod prąd i tam, gdzie nie wszyscy byli. Nie oznacza to wcale, że jeśli większość obok mnie jest za to ja automatycznie będę przeciw. Raczej zastanowię się i nie pójdę za tym owczym pędem tylko zadam sobie pytanie:
- Co skłoniło tych w mniejszości, że są przeciw?
- Dlaczego ta większość jest tak bezkrytyczna w swoich ocenach?
I jeszcze kilka innych pytań, adekwatnie do sytuacji.
Wielokrotnie charakter ów decydował, że lekcje religii w liceum przeradzały się w poważniejsze dyskusje z młodym, ambitnym księdzem, który, o dziwo, stawiał mi zawsze piątki i czwórki z plusem „za myślenie„. Rzadka to postawa u księży, szczególnie jeśli myślenie owo miało wykazać błędność ich podejścia do życia.
Pozytywne nastawienie do otoczenia.
To kolejna cecha mojego charakteru, która jest w nim dominująca, i która zadecydowała. że większość religii monoteistycznych po prostu nie może zaistnieć w moim światopoglądzie inaczej jak na zasadzie ciekawostki, dziwowiska jakiegoś czy worka do bicia. Czuję psychiczny opór przeciwko smutnym religiom, religiom zła do których zaliczam Chrześcijaństwo, Muzułmanizm i ich odłamy czy inne pociotki. Wiem, że to generalizacja ostra i uogólnienie, jednak temat jest na tyle obszerny, że nie chcę teraz wchodzić w szczegóły, na pewno niedługo napisze i o tym ;-)
Tak więc w mojej opinii pozytywne nastawienie do świata i ludzi spowodowało, że nie mogłem się poddać magii Boga osobowego, takiego jak o nim czytałem w Biblii.
Dużo czasu na myślenie.
Ano, jak byłem młody (i piękny) nie miałem zbyt wielu znajomych, bo ja zawsze pod prąd. A takich się za bardzo nie lubi w tzw. „towarzystwie”. Z czasem się to zmieniło. ale ten wiek, kiedy dziecko jest najbardziej podatne na wszelkiego rodzaju manipulacje, minął mi w zaciszu mojego pokoju, gdzie czytałem mnóstwo różnych książek i rozmyślałem. Pisałem sobie pamiętnik czy też dziennik i uczyłem się czym jest krytyczne nastawienie do otaczającej mnie rzeczywistości. Uodporniłem się też na wszelkiego rodzaju naciski opinii publicznej jakim byli moi „koledzy” i „koleżanki” z klasy, którym rzadko ulegałem, co, jak pisałem wyżej, nie przysparzało mi popularności :)
To chyba, z grubsza, najważniejsze cztery powody, mojego braku religijności. Wrogość do religii to zupełnie inny temat i zasługuje na oddzielny wpis, który pewnie niedługo popełnię, bo temat ten mocno mnie zainteresował ostatnimi czasy.
Tak na zakończenie stwierdzę, że miałem ogromne szczęście w życiu, że miałem szanse wykształcić w sobie na tyle sporo krytycyzmu, że udało mi się uniknąć przesiąknięcia religią i potrafiłem stanąć obok tego i popatrzeć z boku na to, na co wielu dookoła mnie patrzeć obiektywnie nie potrafiło.
Rozumiem ich, bo wiara w Boga z Biblii to fantastyczne podparcie w trudnych chwilach, tylko czy warte swojej ceny? Według mnie nie.
