„Miasto permutacji” – Greg Egan
Druga książka *Grega Egana* jaką miałem przyjemność przeczytać. „*Kwarantannę*”:http://pattern.walth.hostdmk.net/2007/07/11/kwarantanna-greg-egan opisałem kilka dni temu i dało się pewnie zauważyć, że nie wzbudziła ona moich zachwytów. Dobra książka, ale mając ciągle w pamięci *”Miasto permutacji”* nie umiałem się nią chyba należycie zachwycić w swojej recenzji. Cóż zrobić, takie życie.
Przejdźmy więc do *”Miasta permutacji”*. Przyznam, że ciężko jest mi tutaj napisać o tej książce cokolwiek, nie pisząc _spoilera_ czyli nie zdradzając fabuły. Aby tego nie uczynić skupię się jedynie na tym, jakie emocje wywołała ta książka i jaki wpływ miała na postrzeganie przeze mnie świata. Tak właśnie: postrzeganie świata. Nie da się ukryć, że teraz, a w szczególności zaraz po ukończeniu lektury, ciągle miałem z tyłu głowy taką czerwoną karteczkę z mnóstwem pytań.
Jakie to były (i są nadal) pytania?
Oto kilka z nich:
* Co sprawia, że ja to jestem ja?
* Czy mój klon byłby mną?
* Czy gdyby udało się przenieść całą moją pamięć, doświadczenie i osobowość do komputera to byłoby mnie dwóch? Czy ten w komputerze byłby mną?
* Przecież 2 lata temu byłem zupełnie innym człowiekiem, psychicznie i fizycznie, skąd mam tę pewność, że *byłem* 2 lata temu?
Takich dziwnych i trudnych, ale według mnie bardzo ciekawych pytań nasuwa się całkiem sporo po skończeniu lektury *”Miasta permutacji”*. Nie, nie klonują się tam, ale potrafią zeskanować swój umysł i wczytać go do komputera, gdzie staje się on _Kopią_.
W tej książce *Egan* poruszył bardziej filozoficzne i socjologiczne sprawy niźli fizyczne jak w *”Kwarantannie”*. Więcej jest pytań o sens egzystencji, o nieśmiertelność i Boga. Chociaż z tym Bogiem to może inaczej powinienem to sformułować. Boga w zasadzie w tym świecie nie ma. I jest to całkiem zgrabnie uzasadnione.
Akcja książki oczywiście rozgrywa się w przyszłości, kiedy to ludzkość posiądzie odpowiednią technologię do tworzenia swoich własnych _Kopii_. Powstaną pytania o prawa tychże _Kopii_, o ich człowieczeństwo. _Kopie_ najczęściej są kopiami nieżyjących już ludzi, którzy w ten sposób chcieli sobie zapewnić nieśmiertelność. Czy im się to udało?
Jakoś nie mogę wyskoczyć ponad to, co uważam za życie i nie umiem zgodzić się z tym fikcyjnym społeczeństwem, że dzięki przeniesieniu swojego „ja” do komputera staję się „nieśmiertelny”. Umarłem i już, i tylko moje wspomnienia, charakter i co tam jeszcze wylądowało w komputerze udają mnie. Mogą się może nawet rozwijać, ale to nie jestem ja, tak samo jak one nie są mną. W tym upatruję najsłabszy punkt fabuły. Ale może jestem po prostu konserwatystą przyzwyczajonym do swojej fizycznej powłoki, na tyle, żeby jej śmierć utożsamiać z końcem życia lub wcielenia?…
Książkę tę mogę śmiało polecić każdemu. O ile *”Kwarantanna”* była trudna gdyż trzeba było rozumieć sporo z fizyki kwantowej, o tyle w *”Mieście permutacji”* w zasadzie nie wymaga się od nas żadnej specjalnej wiedzy, bylebyśmy chcieli i umieli się zastanowić nad pytaniami jakie zalęgły się między wierszami powieści. Gdyby nie powstanie i wymuszenie na mnie próby odpowiedzi na wiele takich pytań, książka nie miałaby w sobie nic _magicznego_. Byłaby kolejną, nudnawą i średniej klasy literaturą _science fiction_ jakich wiele dzisiaj na półkach. Tak więc przygotujcie się na sporą dawkę pytań o sens egzystencji. Na prawdę warto!
Nawróciłem się na…
*…Gnome*. Jakiś czas temu pisałem, że „zrezygnowałem już z Gentoo na korzyść Ubuntu(A jednak stało się)”:http://pattern.walth.hostdmk.net/2007/05/13/a-jednak-stalo-sie, a teraz muszę przyznać, że od kilku(nastu) tygodni nie korzystam już z KDE, tylko wybrałem Gnome. Dlaczego tak się stało? Przyznam, że nie wiem. Zastanawiałem się nad tym jakiś czas temu i chyba zmieniły mi się gusta, a że _de gustibus non disputandum est_ to muszę tę zmianę z pokorą przyjąć i zaakceptować.
A tak bardziej na serio, to jakoś tak ascetyczny wygląd, stonowane kolory no i Beryl/Compiz bardzo mi do gustu przypadły. Wiem, że te bajery 3D można i pod KDE otrzymać, ale jakoś pierwszy raz odpaliłem je na Gnome i tak już chyba musi zostać.
Możliwe, że za jakiś czas znowu mi się odmieni i zamiast Gnome pojawi się coś innego… Na razie Gnome zaspokaja moje zachcianki a Nautilus jest według mnie znacznie lepszy niż Konqueror. Szkoda tylko, że „Gnome ssie…”:http://pattern.walth.hostdmk.net/2007/04/01/gnome-ssie


