Wczoraj Gaba kupiła mi książkę Richarda Dawkinsa pt.: „Bóg urojony”. Na razie przeczytałem wstęp, ale książkę tę na pewno pochłonę najszybciej jak się da.
Religia zawsze mnie fascynowała. Za sprawą mojego antyklerykalnego ojca wiedziałem, że wcale nie muszę wierzyć i być katolikiem czy chrześcijaninem. Mam wybór. Sięgnąłem też kilka razy po jakieś antykościelne książki jakiegoś niemieckiego autora, nazwiska już teraz nie pomnę, ale były tak przesączone jadem, że szybko sobie je odpuściłem. Co prawda wtedy byłem w 6 – 8 klasie podstawówki, jednak szukałem merytorycznych argumentów a nie wyzłośliwiania się. Wiedziałem, że takie wyzłośliwianie się na religii i kościele, nie przekonałoby mojego księdza na lekcji religii, więc odpuściłem sobie. Szukałem argumentów, które miały moc logiczną a nie uczuciową. Może dlatego, zawsze w liceum miałem z religii 4 z dopiskiem „za samodzielne myślenie” (trafiłem na księdza, który nie był zindoktrynowany – jak by to Dawkins ujął ;-) ).
W każdym razie religię i wiarę w ogóle zawsze traktowałem bardzo poważnie. Nadal nie rozumiem jak w tej kwestii można mówić jedno, myśleć drugie a czynić trzecie. Ale to odrębna sprawa.
Tak więc religia zawsze mnie ciekawiła co jednak znamienne, nie potrafiłem nigdy uznać Biblii za słowo boże i książkę, w której jest sama prawda i tylko prawda. Z lekcji historii wynikało jasno, że tej prawdy tam wcale nie ma na tyle dużo, żeby książka ta mogła być pomocna w rozwoju człowieka, lub przebijała w tym względzie inne dzieła stworzone przez człowieka.
Dzisiaj wlazłem na blog „zbawionych”, o którym nie raz pisał uenifeu u siebie. Podziwiam osobę kryjącą się pod tym nickiem (uenifeu) za cierpliwość i wielką wiarę, że z tymi „zbawionymi” da się dyskutować. Mi by się nie chciało. Za leniwy jestem :-) Z drugiej strony podziwiam też tych „zbawionych”, którzy potrafią tak fantastycznie odrzucać wszelkie argumenty naukowe, które zaprzeczają biblii, lub jej nie potwierdzają. Według mnie jest tylko jeden argument za tym, że religia się myli a w biblii nie ma prawdy absolutnej i odpowiedzi na każde pytanie. Otóż chodzi mi o taki historyczny dziwny fakt, że zawsze jak udało się odsunąć religię od władzy, dane społeczeństwo nagle zaczynało się bardzo gwałtownie rozwijać. I to jest dla mnie na tyle przekonującym argumentem, że w zasadzie nic mi już więcej nie potrzeba. Oczywiście rozwój społeczeństw bez wsparcia religii jest dziełem Szejtana – no i już po moim pięknym „dowodzie”. Został obalony… Ashes to Ashes, Dust to Dust…
Oczywiście jasno widać, żem przeciwnik kościoła. Zgadza się, jestem przeciwnikiem. Ateistą (jeszcze) nie jestem. Piszę „jeszcze” gdyż możliwe, że Dawkins będzie w stanie mnie przekonać do swojego światopoglądu, aczkolwiek ja lubię Boga i wiara w Niego sprawia mi niekłamaną przyjemność i satysfakcję, ale niczego nie wykluczam. Dlaczego więc jestem przeciwnikiem? No jeden powód już podałem i chyba to jest naprawdę jedyny silny dowód/powód dla mnie. Więcej naprawdę nie potrzebuję.
Do słuszności mojej decyzji o odcięciu się od religii przekonują mnie też wyżej wspomniane dyskusje jakim można się oddać na różnych forach czy blogach „religijnych”. Takie dyskusje jak choćby ta.
Z dogmatami nie ma dyskusji. Dogmat jest odpowiedzią na argumenty go obalające, dogmat jest odpowiedzią, kiedy nie ma argumentów mogących choćby mętnie, go wesprzeć. Dogmat jest… i już.
Bardzo mnie razi chęć jaką wykazują fanatycy do włażenia z buciorami w cudze życie. Oczywiście to jest zupełnie normalne, że ludzie mali, mający ogromne problemy z określeniem samych siebie, ludzie nie potrafiący być szczerymi z innymi (nawet współwyznawcami), nie będą umieli być szczerzy sami ze sobą. Stwierdzenia, że świat taki po prostu jest, i żadne badania naukowe tego nie zmienią, żadne dowody naukowe na potwierdzenie teorii Darwina czy homoseksualizmu jako rzeczy naturalnej, czy występującej częściej u bliźniaków jedno- niż dwujajowych, nie zmienia świata – jest cholernie cwane. Bardzo mi się podoba. Naprawdę i poważnie. To strasznie „inteligientne” odparcie argumentów. Zamiast się z nimi mierzyć, my je po prostu już na starcie obalamy potęgą pisma świętego. Kropka.
Po co więc ten wpis, skoro z fanatykami nikt jeszcze nie wygrał? Z czystego egoizmu i samolubstwa. Otóż czasami podejmując takie dyskusje mam szansę na stworzenie jakiejś naprawdę udanej myśli, którą się zachwycę i zatrzymam dla siebie, lub w jakiejś zawoalowanej formie rzucę przed te „chrześcijany”. Dużą przyjemność sprawia mi budowanie ciekawych zdań czy koncepcji a sprawy tak gorące jak religijne podejście do życia uczą jeszcze jednej ważnej cechy:
- Uczą powstrzymywania emocji i uczciwości w rozpatrywaniu argumentów – ale tylko wtedy, kiedy naprawdę chcemy poznać Prawdę a nie wtedy, kiedy prawdę już poznaliśmy. Wtedy niczego się nie nauczymy, bo chodzi już tylko o zwykłe wykrzyczenie naszej prawdy i zmuszenie innych (głownie chyba tym krzykiem) do przyjęcia jej tak jak my, jako prawdy objawionej.
Tak więc pytanie o istnienie Boga uważam za otwarte w moim własnym przypadku. Ateizm jest dla mnie za mało kuszący i wierzę na razie silnie, że nauka nie poznała wszystkich tajników życia, więc zawsze jest miejsce dla jakiegoś Stwórcy. A co mi powie Dawkins w swojej książce… no to się zobaczy jak już tego „Boga urojonego” przeczytam :-)
—————-
Specjalnie słowa takie jak:
bóg, biblia czy kościół pisze małymi literami, żeby pokazać, że można i jaki jest mój stosunek do tych spraw. Może to razić osoby wierzące, za co przepraszam bo nie to mam na celu, chcę tylko pokazać jakie jest moje do tego podeście.
