„Wróg u bram”
Obejrzałem jeszcze jak Gaba była u siebie w domu na urlopie :) Tak mnie wtedy jakoś naszło coby filmik jakiś sobie zapodać, gorącą pizze serową zamówić (pizza z ogromną ilością serów pleśniowych to po prostu coś cudownego – ale *TYLKO* gorąca) i się zrelaksować oglądając jak to dzielni żołnierze _Sowieckowo Sajuza_ dziurawią podstępnego wroga albo sami są dziurawieni przez Niemieckiego Okupanta.
O filmie *”Enemy at the Gates”* słyszałem już dawno. Nawet chciałem go kiedyś obejrzeć ale jakoś się nie złożyło. Jednak jak to mówią:
bq. Co się odwlecze to nie uciecze.
Przyznam, że pierwsze sceny, jak to dzielna rosyjskaja Armia Czerwona dopływa do Staliningradzkiego portu i jest „ślicznie” dziesiątkowana przez Niemców, sprawiły, że pyszna pizza mi trochę przestygła. Naprawdę świetnie pokazana bezbronność tłumu wobec zorganizowanego wojska.
Był to czas, kiedy Ojciec Narodu Rosyjskiego – tow. Stalin, postanowił, że zwycięski pochód zdradliwego narodu Niemieckiego, który to zdradliwy naród doszedł prawie, że pod Moskwę, musi zostać zatrzymany wszelkimi możliwymi siłami bez względu na koszty. I tak oto dzielni Rosyjscy chłopcy padali jak muchy potraktowane muchozolem. Uciekać też nie mogli bo z tyłu stali dzielni Rosyjscy oficerowie polityczni z CKM(Ciężki Karabin Maszynowy)ami i tych, którzy się wycofywali witali pociskami Made by USSR.
To była ogromna tragedia tych ludzi. Niemcy zajmowali doskonałe pozycje i bez większego trudu odpierali szturmy źle uzbrojonej (co drugi miał karabin i granat) i nie wyszkolonej „armii”. Z tyłu zaś czekali „swoi” aby zabić jeśli strach i chęć przeżycia zwycięży…
Tylko postępowa myśl rosyjska mogła coś takiego wymyślić…
Tak więc w takim tyglu objawił się nam (i swojemu narodowi) Wasilij Zajcew. Snajper jakich mało. Przeżył ten nieszczęsny szturm i pokazał, że jako strzelec wyborowy raczej nie ma sobie równych.
Naprawdę świetnie pokazana pierwsza akcja Wasilija, kiedy to zabija niemieckiego oficera wraz z obstawą tak synchronizując swoje wystrzały, aby pokrywały się z wybuchami artyleryjskimi i były nie do namierzenia. Naprawdę majstersztyk, jeśli byście pytali o moją opinię.
Niestety, jak w (prawie)każdym dzisiejszym filmie musiała się i tu zaplątać „wielka miłość”…
Popsuło mi to trochę atmosferę, ale cóż, dzisiaj bez seksu i przemocy film się może, nie daj boże nie sprzeda i co wtedy… A tak przynajmniej wiadomo, że seks gwarantem sukcesu – wiem przesadzam, ale naprawdę nie lubię jak mi psują całkiem niezły obraz bezsensowną „wielką miłością” i seksem.
Najbardziej idiotyczna była scena, kiedy to *on* i *ona* uprawiali całkiem ostry seks w sypialni pełnej zmęczonych żołnierzy. Straaaasznie naciągane.

Gra aktorska całkiem niezła. *Jude Law* grający *Zajcewa* był dość przekonywujący. Tak samo *Ed Harris* jako Major Koenig mający być Niemieckim biczem na Rosyjskiego snajpera, zagrał naprawdę dobrze swoją rolę. Według mnie, jego postać była nawet prawdziwsza niż postać *Zajcewa*.
Wątek snajperski w tym filmie jest całkiem dobry. Świetnie pokazana taktyka strzelca wyborowego, który musi mieć uszy i oczy dookoła głowy a zarazem odrobinę szczęścia. Owszem, niektóre sytuacje były dość naiwne lub naciągane, ale dało się to przełknąć bez większych problemów.
Generalnie całkiem miło spędziłem czas. Nie jest to może jakieś arcydzieło na miarę „Black Howk Down” ;-) ale ogląda się to całkiem dobrze.
Tak więc polecam (jest jeszcze ktoś, kto tego nie widział?) :D
„Biały rój” – Andrzej Ziemniak
Ziemia, rok 2207. Rój lodowych skał pędzi ku naszej planecie. Kontakt nastąpi za jakieś 100 lat. Ratowanie ludzkości i takie tam sprawy.
Jak ciężko mi było przebrnąć przez pierwsze 200 stron, to już dawno mi tak ciężko nie było, podczas czytania. Masakra. Nie była to grafomania, ale coś wyjątkowo ciężkostrawnego i to nie ze względu na poruszany temat, ale sposób prowadzenia fabuły.
Andrzej Ziemniak wrzuca nas od razu do świata przyszłości, nie wyjaśnia nic. Po prostu od razu ostra jazda. Jakieś latyfundia, jacyś czarnoskórzy, którzy ganiają „łajtmenów”… No po prostu nigdzie nie ma jak się zahaczyć, żeby wyjaśnić co jest grane.
Bardzo ciężko to się czyta. Dość często też wymykała mi się fabuła. Coś się dzieje, przeskok i już nie wiem czy czytam jeszcze tę samą książką, czy może Autor postanowił w trakcie pisania „Białego roju„, że jednak będzie pisał o czymś innym. Tak było na początku, przez pierwsze 80 – 100 stron. Wielką chęć miałem rzucić tą książkę w kąt i nie marnować już więcej czasu na nią. Przemogłem się jednak…
Książka staje się znacznie strawniejsza po przekroczeniu granicy jakiś 180 – 200 stron. Tak, jakby *Ziemniak* dorósł jako pisarz, poszerzył warsztat pisarski i to widać wyraźnie po przekroczeniu tych 200 stron. Niestety cała książka nie ma nawet 350 stron, więc jak widać zbyt wiele do poczytania nie zostaje…
Moją tezę o tym, że książka została porzucona na jakiś czas podczas jej tworzenia popiera wpis na końcu:
Warszawa maj 2003 – lipiec 2005
Czyli powieść powstawała jakieś 2 lata. To się naprawdę czuje.
Tak więc książka nie zachwyca i przyznam szczerze, że mogłaby być to moja pierwsza książka, którą mógłbym się z kimś wymienić. ;-)
Czy po tak zachęcającym opisie ktoś reflektuje? :D


