Prawo do pisania recenzji

Kolega Łukasz – „na swoim tajnym/poufne blogu(Ukrywać czy publikować)”:http://pattern.walth.hostdmk.net/2007/02/18/ukrywac-czy-publikowac – napisał, że nie czuje się zbytnio na siłach żeby pisać recenzje filmów, bo za słabo zna historię kina, za mało filmów widział i w ogóle, za cienki jest – gdzie mu tam do „Kałużyńskiego(Krytyk filmowy)”:http://pl.wikipedia.org/wiki/Zygmunt_Ka%C5%82u%C5%BCy%C5%84ski.
Kolega Łukasz zapomniał chyba tylko, że on pisze recenzje filmów, czy mu się podobały czy nie, co mu się podobało i dlaczego, a co nie. Nie jest *krytykiem filmowym*. Jest zwyczajnie hobbystą, który po obejrzeniu filmu ma coś o nim do powiedzenia. Jeśli ma zapędy na krytyka filmowego, to faktycznie, daleka jeszcze droga przed nim ;-)

Ale wracając do wątku.
Sądzę, że każdy, kto obejrzy dane dzieło filmowe czy przeczyta książkę jakąś ma pełne i niezbywalne prawo wypowiedzieć się w tym temacie. Może w ten sposób się ośmieszyć i pokazać jak bardzo nie zrozumiał przesłania autora, czy jak głęboka jest jego niewiedza, ale prawo do tego ma. I frajdę też mieć powinien ;-)

Oczywiście moja niezgoda z tezą kol. Łukasza opiera się na tym, że uznałem, że kolega nie ma aspiracji do bycia krytykiem filmowym. Jeśli takie aspiracje ma to możemy uznać, że to, co u siebie na blogu zaprezentował jako krytyczne spojrzenie na niektóre filmy, takim spojrzeniem nie jest – co zresztą sam przyznaje – i w tym momencie niezgody między nami nie ma :)

Jednak inna sprawa zwróciła moją uwagę. Sam pomysł, że nie ma się prawa do recenzowania filmów czy książek.
Z jednej strony mogę przyznać rację takiemu postawieniu sprawy. Przecież mało kto jest specem w historii kina, na ten przykład ja. Jako laik nie powinienem więc się wypowiadać o obejrzanych filmach…

I tutaj właśnie pojawia się zgrzyt. Bo taka teza przypomina te wszelkie DRM(Digital Rights Management). Jest to próba wmówienia komuś, że nie ma prawa krytykować bo za mało wie. Tylko czy aby na pewno?
Czy w 100% przypadków należy legitymować się poważną wiedzą z danej dziedziny (tutaj film, książka czy nawet malarstwo) aby móc wyrazić swoją opinię o danym dziele?
Recenzja to właśnie owo wyrażenie opinii. Owszem, zgodzę się, że bez wiedzy nasza opinia może być uboższa lub zafałszowana, jednak nadal pozostaje pewną recenzją, pewnym opisem uczuć jakie wzbudziła w nas czynność oglądania czy czytania.

Zgodzę się także, że jest to mało w porównaniu z takim Kałużyńskim Zygmuntem, ale nie każdy urodził się krytykiem za to każdy ma prawo krytykować ;-)

Oczywiście cała ta dyskusja nie ma sensu bo dlaczego niby nie miałbym napisać, że jakiś kultowy film mi się nie podoba? Tylko dlatego, że nie znam innych dzieł do których pośrednio lub bezpośrednio owy film się odwoływał? Oczywiście bez znajomości owych dzieł narażam się na to, że moja recenzja będzie nie pełna, fałszywa wręcz, tylko mam jeszcze jedno pytanko…

h3. Czy istnieje prawda obiektywna? Jedyna?

Śmiem twierdzić, że nie, dlatego nawet taka „fałszywa” recenzja jest cenna i ma swoje znaczenie.

Dlatego też uważam, że każdy kto coś przeczytał czy obejrzał ma prawo wypowiedzieć się o tym.

Nie przeintelektualizujmy własnego życia i doświadczeń jakie ze sobą niesie…

Print Friendly
  • http://www.mindfuck.pl GeedieZ

    Heh. Dziwny ten kolega Łukasz. Czytałem wcześniejszą notkę na jego temat – o publikowaniu (lub nie) swego bloga. Doszedłem do wniosku, ze chyba boi się rakcji innych skoro pisze bloga w medium ogólnodostępnym, interaktywnym z założenia, a potem ogranicza dostęp do niego do jakiegoś wąskiego grona.

    W jego postępowaniu jest jakaś wewnętrzna sprzeczność, której nie rozumiem ale nie mnie ją oceniać. Jeśli tak lubi to niech tak robi dalej ale nie sądzę by mu to przynosiło prawdziwą satysfakcję (to tylko przypuszczenie). Prawdopodobnie największą frajdę przynoszą mu Twoje notki odnoszące się do jego osoby, a mówiące o nim więcej niż on sam o sobie ;)

    Kolega Łukasz postawił tezę, która jest błędna. Fałszywie zakłada, że pisać recenzje dzieł mogą tylko twórcy. Przecież to byłoby bez sensu. Ta teza zakłada wyłączenie widza z uczestnictwa w procesie odbioru sztuki. A przecież sztuka jest sztuką wtedy, gdy jest autor i odbiorca (pomiędzy nimi dzieło). Wg Kolegi Łukasza odbiorca sztuki traci swą rację bytu – zarazem sztuka przestaje być sztuką ;)
    Wyobraźcie sobie antyczny teatr grecki. Po odegranym akcie aktorzy zasiadają na schodach thatronu i biją sobie brawo…

  • http://waltharius.pl walth

    Hmmm nie wiem ale gdzie ja napisałem, że kol. Łukasz postawił tezę jakoby recenzję mogli pisać tylko twórcy? Ja napisałem, że napisał on, iż aby napisać recenzję to trzeba mieć wiedzę a nie tylko obejrzeć film i go recenzować. Akurat o filmach on pisał, ale ja rozciągnąłem to na całą sztukę (chyba słusznie). Chodziło mu głównie o to, że jak się nie zna historii filmu to nie powinno się brać za recenzowanie jakiegoś filmu z danego okresu. Coś w ten deseń. Nigdzie nie pisał, że recenzować mogą tylko autorzy :) Źle mnie zrozumiałeś, albo ja niezbyt dokładnie napisałem…

  • http://www.mindfuck.pl GeedieZ

    To się nazywa nadinterpretacja i zbudowano na jej kanwie Kościół Katolicki :P

  • http://waltharius.pl walth

    Taka drobna nadinterpretacja :)

  • Kolega Łukasz

    Kolega Łukasz nie boi się innych racji, tylko wykorzystuje owo ogólnodostępne medium, jakim jest Internet, do prowadzenia swych notatek. Pozwalają mu one na lepsze ułożenie myśli w głowie – stąd też Kolega Łukasz stara się uniknąć rozpowszechniania swych wypocin, zakładając, że są one tylko poletkiem doświadczalnym, pomocnym w formułowaniu własnego zdania. Zresztą nie tylko ja wpadłem na taki pomysł. Pamiętam wywiad ze słynnym brytyjskim fizykiem – Stephenem Hawkingiem – w którym przyznawał się on do opracowywania wykładów nie dla publiczności, jeno “do szuflady”, w celu usystematyzowania własnej wiedzy.

    Zdecydowanie nie zgadzam się z tym, że notatki o mojej skromnej osobie, umieszczane na blogu Waltha, przynoszą mi jakąś szczególną frajdę. Owszem, miło mi, że uznał On za stosowne odnieść się do treści przeczytanych u mnie, ale nie ukrywam że fakt ten stanowił dla mnie raczej miłe zaskoczenie aniżeli coś, na co czekałem z niecierpliwością.

    Obydwaj Panowie popełniliście moim zdaniem po jednym błędzie. Z czego błąd Waltha wynika z mojej winy.

    GeedieZ uznał, że odbiorcą sztuki powinien być także twórca, co oczywiście prowadzi do śmiesznej sytuacji, w której aktor, malarz, reżyser czy ktokolwiek inny, po ukończeniu swego dzieła siada i pogrąża się w samouwielbieniu. Jest to zdecydowana nadinterpretacja i wielki szacunek dla GeedieZa, że samokrytycznie to przyznał :-).

    Do napisania tekstu, stanowiącego dla Waltha kanwę do popełnienia tego wpisu, skłoniła mnie złość na samego siebie. I być może fakt, że pisałem to w gniewie spowodował, że Walth mnie źle zrozumiał. Albo ja po prostu nie wyraziłem tego expressis verbis. Ogólnie byłem zły widząc mizerię mojej wiedzy (o filmie) i o świadomość ogromu pracy, jaką muszę wykonać, aby zdobyć jej określony poziom. Za przykładowego znawcę posłużył mi właśnie Zygmunt Kałużyński. Wiem, że nikt mnie do tego wysiłku nie zmusza i że jest to moja własna decyzja, wynikająca z chęci lepszego poznania tej dziedziny sztuki, jaką jest film. Ale – jako wolny człowiek – zastrzegam sobie prawo do marudzenia! :-)

    Ogólnie moje narzekania w tej materii należy potraktować z przymrużeniem oka – właśnie jako marudzenie leniwego człowieka. I taki powinien być wniosek wynikający z lektury mego tekstu.

    Na koniec zacytuję Klasyka: “Nie przeintelektualizujmy własnego życia i doświadczeń jakie ze sobą niesie”. To samo tyczy się nadinterpretacji :-).

  • http://costa.kofeina.net CoSTa

    jak ktoś daje se zamknąć usta i wmówić, że nie może – jego problem i problem jego inteligencji/ kompleksów.

    niech ktoś by spróbował zamknąć mi jadaczkę w moich so called recenzjach… półobrót jak nic :)

  • Kolega Łukasz

    To są pozostałości z czasów, kiedy chciałem zrobić swój homepage (taki normalny, publiczny). Ale pomysł umarł śmiercią naturalną. Teraz, gdy moja strona w pewnym sensie “odżyła”, jej spora część stała się bez sensu – mam tu na myśli zarówno stronę o sobie, stronę ze zdjęciami, Jedyne co na tej stronie się zmienia – to moje wpisy i kolekcja śmiesznych postów z usenetu, które lubię sobie poczytać w czasie nudnych dyżurów w pracy :). Reszta to zaszłość historyczna i nadinterpretacja :).

  • http://waltharius.pl walth

    I tak oto stwierdziliśmy, że bardzo łatwo rozwodnić czyjeś intencje i chęci, nadinterpretacji je poddać i delikatnie mówiąc stworzyć coś o czymś na podstawie czegoś co nie miało miejsca :D

    Możemy sobie wzajemnie pogratulować :)

    A co do S. Hawkinga – różnica kol. Łukaszu jest taka, że Ty jednak dopuściłeś jakieś grono ludzi do czytania swojego bloga, dodatkowo umieszczasz tam kolekcję śmiesznych (i mniej śmiesznych) zdjęć, kolekcję jakiś usenetowych topiców (czy czym to to jest) a co najważniejsze napisałeś nawet stronkę o sobie, więc tutaj tłumaczenie, że piszesz do szuflady i takie pisania ułatwia Ci ułożenie myśli jest trochę śmieszna :)

    Piszesz o sobie dla siebie? :D